avatar

tytuł: nie mam pomysłu na tytuł:)

autor: Azzurra

Wstęp

about me

O mnie:

Jeszcze 32 latka. Od maja 2013 żona fajnego mężczyzny. Od maja 2017 mama Michasi. Przyjezdna mieszkanka stolicy, z ustabilizowaną sytuacją zawodową i własnym kątem. I kotem;) Edit: mam już 33 lata

about me

Jestem/chciała bym być mamą:

Dobrą. Chciałabym wychować córkę na szczęśliwego, świadomego swojej wartości człowieka. Chciałabym, żeby swoje dzieciństwo wspominała tak dobrze, jak to tylko możliwe. Dużo lepiej, niż ja wspominam swoje.

about me

Moje dzieci:

Michasia, która za kilka dni skończy pół roku. Póki co grzeczne, nie chorujące dziecko, które duuużo częściej się śmieje niż płacze. Chciałabym, żeby tak zostało. I chyba chciałabym, żeby miała kiedyś siostrę lub brata;) Edit: Michasia za kilka dni skończy rok, a ja jestem w 8 tygodniu ciąży:)

about me

Moje emocje:

Chciałabym, żeby sielanka( względna, bo chyba nie ma dzieci i rodziców idealnych) trwała jak najdłużej. Wierzę, że więcej przed nami dni pięknych i dobrych, niż smutnych. Jestem szczęśliwa, że udało się zajść w bezproblemową ciążę i urodzić to śliczne, zdrowe dziecko. Edit: czekamy na kolejne śliczne i zdrowe dziecko;)

Dziś spotkało mnie coś, co przypomniało mi na jakim etapie byłam dokładnie dwa lata temu.
W grudniu 2015 roku moje małżeństwo wisiało na bardzo cienkim włosku. Nie będę się tu rozpisywać o tym kryzysie, bo nie lubię do tego wracać. Mam wyrzuty sumienia.
Mówi się, że ratowanie związku ciążą nie ma sensu. Ja dwa lata temu nie chciałam ciąży, nie chciałam ratować mojej rodziny. Było mi wszystko jedno. Kiedy po kilku miesiącach moje małżeństwo było już w totalnej rozsypce a ja szukałam jakiejś kawalerki do wynajęcia przyszła chwila zastanowienia. Dokładnie w lipcu, po urodzinach mojego męża. Jakiś impuls, którego nie potrafię wyjaśnić. Zapytałam, czy jeszcze chce mieć ze mną dzieci. Chce. Od początku chciał i nic się nie zmieniło. Przestaliśmy się zabezpieczać, jednak w sierpniu dostałam miesiączki...Eeee, pomyślałam, bez sensu to wszystko. Przecież ja nie chcę dzieci. Ale podjęliśmy jeszcze jedną próbę-tym razem nawet wyliczyłam sobie dni płodne. I efekt leży teraz w moim łóżku. Moja córka. Nasze kochane dziecko.
Pisałam poprzednio, że tęsknię za byciem w ciąży. Dlaczego tęsknię? Dlatego, że rok temu wraz z moją ciążą wszystko zaczęło się układać. I tak sobie trwa do dziś. Nie jest landrynkowo, czasem życie mnie negatywnie zaskakuje.  Ale co tu dużo mówić-mam zdrowe dziecko, kochającego męża, dach (nowy!) nad głową. Jestem szczęśliwa.
 Ja nie wierzę, że ratowanie beznadziejnego związku ciążą ma sens. Ale wierzę, że jeśli dwoje ludzi tak naprawdę się kocha, to dziecko cementuje związek. U nas tak było. 
Córeczko moja kochana....mamę masz taką sobie..bałaganiara, nerwus, pesymistka, choleryczka. Pewnie czasem słyszysz, jak przeklinam pod nosem. Bardzo mi  przykro, i obiecuję że więcej tego nie będę robić. Ale jedno mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem-tatę Ci wybrałam dobrego. 
 Kocham Ciebie i Twojego ojca najbardziej na świecie. Powiem Ci to jutro jak się obudzisz(a raczej dziś, bo przecież przed północą przypomnisz sobie że jesteś głodna). A Twojemu tacie powiem to jak tylko wróci do domu. 
Właśnie przyszedł

0
Dodaj komentarz

Dzisiaj, dla odmiany, napiszę o tym co mi w życiu nie wyszło.
A mianowicie o pracy. Jakiś diabeł mnie podkusił, żeby zaliczyć około świąteczną wizytę w robocie. Wzięłam Bąbla i pojechałam. Jak weszłam do pokoju, to zapanowała konsternacja. Moja "ulubiona"(ekhmm..) koleżanka wyglądała, jakby zobaczyła ducha. To akurat było całkiem fajne. Oczywiście początkowe zachwyty pt."jaka urocza" ble, ble, ble szybko ustąpiły miejsca "dobrym radom". I tak usłyszałam:
-"jeszcze ją karmisz? ona jest chudziutka, powinna już jeść inne posiłki!". No to ja na to, że przecież je inne posiłki, rozszerzam dietę od dawna i dziecko przybiera prawidłowo, więc o co kaman?? Ano o to, że mała odstaje od dzieci moich koleżanek, bo "moje to były takie okrąglutkie". No super. Karmienie córki piersią uważam za swój sukces, a tu się okazuje że głodzę dziecko.
-"ona jeszcze nie siedzi?". Ja na to, że no nie siedzi. To znaczy siedzi podparta, ale sama jeszcze nie siada więc ja jej na siłę nie mam zamiaru w ten sposób ćwiczyć. W końcu pediatra mówi, że rozwija się spoko i ma jeszcze czas...No jak to? Moje obydwie w tym wieku siedziały( to oczywiście tekst tej ulubionej koleżanki).
- "ładnie wyglądasz, ale.....chuda jesteś!". Ja na to że ważę tylko trochę mniej niż przed ciążą więc chyba tragedii nie ma. Otóż jest! Bo w moim wieku, przy nagłym spadku masy ciała wychodzą zmarszczki. Ja pier...dzielę.. Oczywiście już zamówiłam kremy za ...eh, nieważne za ile. W każdym razie drogie i przeciwzmarszczkowe. Głupia ja.
Żeby było zabawniej, to kiedy byłam w ciąży i jadłam wszystko, co nie uciekało z talerza to słyszałam, że się pasę i mam uważać, bo w moim wieku to ciężko będzie zrzucić po ciążowy  nadbagaż. Nie dogodzi....A tak w ogóle, to myślałam, że będę pracowała do samego porodu. Taki był plan. Ale któregoś pięknego dnia, pod koniec siódmego miesiąca rozmawiałam z koleżankami, i było coś o pobieraniu krwi, nie pamiętam co. Chyba powiedziałam coś w stylu, że mam już dosyć tego kłucia, nieważne. Wtedy moja ulubiona koleżanka stwierdziła, że jestem delikatna i nastąpiła cała seria opowieści o horrorach na porodówkach. Nie pamiętam co tam dokładnie mi opowiadały, ale na pewno było o kleszczach to zapamiętałam. Wróciłam po robocie do domu, zaczęłam szukać i trafiłam na film....Jejku, kobietom w ciąży powinni reglamentować dostęp do internetu (i do złośliwych koleżanek). Od następnego dnia byłam na zwolnieniu.
I wisienka na torcie z wizyty....w firmie szykują się zwolnienia grupowe. No cóż...przynajmniej odpadnie dylemat: żłobek czy niania.

1
komentarzy
avatar
Zawsze mnie zastanawiają takie "koleżanki" - to głupota czy złośliwość? Skąd się takie biorą? to w sumie ciekawe zjawisko socjologiczne i psychologiczne
Dodaj komentarz

Musiałam na chwilę " zniknąć". Miałam kilka gorszych dni, zupełnie nie wiem z jakiego powodu.Mój mąż się śmieje, że to na pewno przez to że parę dni temu przeskoczyła mi kolejna cyferka w liczbie osiągniętych lat ale to raczej nie dlatego. Bardziej chyba chodzi o to, że z nowym rokiem czeka go zawodowo duuuża zmiana.Nasze budżetowe być-albo-nie-być zależy od mojego małżonka, więc chyba dopadł mnie lekki stresik pod tytułem" a co my zrobimy, jak Ci się nie uda". 

Kilka bardzo smutnych historii, na które tutaj czy na Ovu trafiłam tylko pogłębiły ten dołek, stąd chwilowy odwyk od czytania i pisania.

Ale tak...chata wysprzątana, choinka ubrana, dziecko śpi( a propos dziecka to dziś po zjedzeniu malin od babci wyglądała jakby upolowała  i spożyła jakieś zwierzę) więc postanowiłam zajrzeć do ulubionych pamiętników przed snem i odnotować, że moja córka oprócz polowania na maliny urządza sobie przechadzki po dywanie. Do tej pory tylko pełzała wokół własnej osi, ewentualnie do tyłu. Dziś nakryłam ją ja podgryzaniu kabla od TV, choć oczywiście ułożyłam ją dosyć daleko na macie. Czyli chyba pora na założenie zabezpieczeń...

0
Dodaj komentarz

Witam się z pamiętnikiem w Nowym Roku.
Dziś Święto, jutro zaczyna się normalny tydzień pracy. Jednak  nas w domu nie będzie normalny. Mój mąż od jutra zaczyna pracę w domu-własną działalność. Jest specjalistą w wąskiej dziedzinie prawa, dotąd na etacie. Od jutra będzie kowalem swojego losu. A raczej naszego losu, bo moja wypłata to wystarcza tylko na drobne wydatki biorąc pod uwagę nasze zobowiązania.
Nie mówię mu tego, ale cholernie się boję że mu się nie uda. BARDZO się boję. Dokładnie rok temu zbliżałam się do połowy ciąży..mieszkaliśmy jeszcze w jego kawalerskim, dwupokojowym mieszkanku. Obiecał mi, że jak zajdę w ciążę to kupimy większe.  Taka niby miała być nagroda, hehe może tak mówił, bo myślał że się nigdy na tą ciążę nie zdecyduję?W marcu znaleźliśmy odpowiednie (dwa razy większe), jak Misia miała dwa tygodnie to zamieszkaliśmy już tutaj. Tamto mieszkanie wynajęliśmy z myślą, że kiedyś takie dwupokojowe będzie na start dla córki. Ani ja, ani on nie mieliśmy takiego wsparcia, wszystkiego musieliśmy się dorabiać, to niech chociaż ona będzie miała w życiu łatwiej.
Tylko, że tym sposobem mamy dwa kredyty. I na chwilę obecną jeden etat(mój) z którego środki nie wystarczyłyby nawet na spłatę jednego kredytu.A ja jestem bliska nerwicy, choć staram się robić dobrą minę. Bo przecież w tym związku to on jest stroną bardziej rozsądną również  jeśli chodzi o gospodarowanie kasą. Ja nawet nie wiem jakie miesięczne opłaty ponosimy. 
W sumie nie wiem, po co to piszę...chyba chciałam się ot tak wyżalić, bo w sumie nie mam komu. Przecież mężowi nie powiem, że w niego nie wierzę. Bo kto ma w niego wierzyć, w kim ma szukać wsparcia, jeśli nie we mnie?
I jeszcze na koniec wisienka na torcie z życia mojej córki. W końcu skończyła już siedem miesięcy Pisałam ostatnio, że zaczęła pełzać. Już chyba raczkuje.
Do tej pory spała ze mną w sypialni, na dużym łóżku. Jej pokoik był dopieszczany. No wiecie, a to brakuje jeszcze lampki z motylkiem, a to pościel do łóżeczka nie taka, a to nasza sypialnia jest cichsza..takie tam wykręty, żeby tylko odsunąć w czasie etap przeprowadzenia jej do swojego pokoiku. Dwa dni temu nad ranem, w akcie desperacji pt.' szukam cyca, gdzie jest cyc' ominęła wszelkie zastawione przeze mnie przeszkody i obudził mnie przeraźliwy krzyk. Spadła z łóżka.
Kulson jego mać...coś takiego przeżyłam tylko raz odkąd pamiętam. Wtedy, kiedy wyciągnięto ją ze mnie w trakcie cesarskiego cięcia( no bo przecież jej nie urodziłam-urodził ją doktorek) i nie usłyszałam jej krzyku. Stan przedzawałowy, to chyba celne określenie. I również tym razem, na szczęście, wszystko dobrze się skończyło. Utuliłam ją na rękach, podeszłam do lustra i zobaczyłam uśmiech( lubi się na siebie gapić). Koniec końców,  zaowocowało to tylko natychmiastową przeprowadzką do swojego pokoju i przygotowanego łóżeczka. I kurcze, od dwóch nocy tam śpi( ja obok na rozkładanej sofie) i jakby rzadziej się budzi!
Miałam jeszcze wspomnieć o Świętach, Teściowej i mojej kuzynce, która mi uświadomiła że przeze mnie zgodziła się na cesarskie cięcie i żałuje, ale to by było za dużo. Może napiszę o tym jutro...w końcu będę miała czas, bo mąż będzie w domu...
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!Spełnienia marzeń każdemu, kto tu zajrzy

2
komentarzy
avatar
Hej Azzurro, rozumiem twoje nerwy, będę mocno trzymać kciuki, żeby twój mąż sobie poradził! Mi tez dwa kredyty spędzałyby sen z oczu. No kurcze, bedzie dobrze!
Dobrze, ze malej nic się nie stało, to najważniejsze!
I będę czekac na historię o kuzynce, fajna jakaś osóbka z niej musi być, hehe.
avatar
Dzieci tak są wymyślone, że spadają z lozka prawie każdej mamie przynajmniej raz w zyciu i konczy sie tylko na strachu.
Dodaj komentarz

Wczoraj nie dopisałam, że w związku z fiknięciem mojej córki na glebę postanowiłam wprowadzić zmiany w moim mieszkaniu, a mianowicie wystawiłam na sprzedaż łóżeczko dostawne Chicco, które po spełnieniu swojej głównej funkcji miało służyć za blokadę dla Miśki przed upadkiem( hahahaha!!) oraz wanienko-komodo-przewijak tej samej marki,który okazał się co prawda jednym z hitów wyprawkowych, ale w związku z faktem że moja córka gibie się jak szalona, postanowiłam się pozbyć także jego. O ile wysokość łóżka okazała się dla mojej córki bezpieczna, o tyle gdyby mi jakimś cudem fiknęła  z tego przewijaka, to już chyba tak wesoło by nie było. Także Arrivederci O ile łóżeczko jeszcze nie znalazło szczęśliwej rodziny, do której dołączy o tyle po przewijak dziś zgłosiła się bardzo miła para młodych ludzi. I kurcze, jakoś mi się tak znowu smętnie zrobiło.....raz już poczułam taką nostalgię, jak chowałam gondolę do składziku a wyjmowałam spacerówkę...ehh...rośnie ten mój mały Bąbel.
Panicznie bałam się przeprowadzki córki do własnego pokoju i łóżeczka. No bo przecież zasypiała tylko przy piersi...bo spała ze mną. I co się okazało? Że doskonale zasypia z grającym misiem (marki Chicco, żeby nie było) i obyło się bez żadnej awantury.  W ogóle ten miś to jest super-hit wyprawkowy.. Wydaje mi się, że większość tego typu zabawek jest zbyt głośna, zbyt'agresywna' dla niemowlaka, ale ten Miś jest inny. Położył już do snu mnie, moją córkę, męża i ostatnio nawet dziadka Taki z niego super-Miś
Zachwycona tą zabawką, jakiś czas temu zakupiłam go w prezencie dla kuzynki, która w październiku rodziła synka. Nie jesteśmy jakoś szczególnie blisko, ale w związku z tym że ona rodziła kilka miesięcy po mnie kontakt się zacieśnił. Do chwili gdy nie urodziła. Po porodzie zapadła martwa cisza. Myślałam, że to przez to że Mały okazał się być bardziej problematyczny niż moja Miśka. Kolki, obniżone napięcie mięśniowe, alergie pokarmowe. Uznałam, że nie oddzwania do mnie bo ma taki hardkor  z dzieckiem, jest zmęczona itp. więc nie naciskałam. Ostatnio moja babcia uświadomiła mnie, że K. jest na mnie obrażona bo poleciłam jej cesarkę. Pomijając fakt, że to chyba nie ja zdecydowałam jak urodziła tylko lekarze to użycie słowa"poleciłam" jest nieuprawnione. Powiedziałam jej, jak było zgodnie z prawdą. Czyli bezproblemowo i nieźle, i że nie ma się czego bać W RAZIE CZEGO. Ona nie miała takich wskazań do cc jak ja, więc plan był taki że rodzi 'dołem'. Coś się pokićkało w trakcie i po kilkunastu godzinach zrobili cc. Ze szpitala wyszła po dwóch tygodniach, bo miała zakażenie.Nie karmi piersią, bo musiała zażywać antybiotyki, więc Mały na butli. Ona trzy miesiące po operacji odczuwa bóle. Problemy zdrowotne dziecka, to oczywiście wina cięcia. I chyba moja.
Czyli wychodzi na to, że niepotrzebnie cokolwiek mówiłam. Jest mi przykro, bo  ja jej do niczego nie namawiałam( podobno stwierdziła, że gdyby wiedziała że to taki dramat to stanęłaby na głowie, żeby tylko urodzić naturalnie a ponieważ ja byłam taka zadowolona, to zbyt szybko poddała się pomysłowi cc). Kurde, trochę nie wiem jak się zachować. To żona mojego ciotecznego brata, więc nie jakaś tam super-bliska rodzina, ale jednak rodzina.....Jakoś mnie to uwiera. Sama nie wiem, może dziewczyna w depresję popadła po tej rzeźni, może potrzebuje wsparcia. A może lepiej zamilknę na wieki, zarówno z tematem porodu, jak i bezproblemowych dzieci?  Sama nie wiem.

2
komentarzy
avatar
Wiesz, może z tej kuzynki jest taka pipcia, że szkoda gadać, ale może też babcia przekazując informację coś "zaostrzyła", wiesz jak to może być z takimi informacjami. Może palnęła tak w złości czy - jak piszesz - jest w depresji, a plotki idą w świat... No chyba nikt normalny by tak nie myślał, albo moje poczucie normalności jest przestarzałe i staroświeckie... Ja bym dała jeszcze czas, może samo się wyjaśni wszystko, a jak nie, to w końcu na pewno będzie jakaś okazja do pogadania...
Ale fajnie wiedzieć, że też lubisz "Brothers in arms" Od razu buzia mi się uśmiecha! Do ciebie! Ja nie mam w domu telewizora, ale w ciszy nie mogłabym wysiedzieć, leci radio cały dzień. Nawet Piotrek ma swoje ulubione piosenki, bo ewidentnie tupie nogą na Jaromira Nohavicę i zaczyna tańczyć, hehe. Maja też korzysta A ja ostatnio złapałam się na tym, że rozpoznaję dni tygodnia po audycjach... A co u was leci w domu, tak na co dzień?
avatar
Zadając powyższe pytanie uświadomiłaś mi, że u mnie w domu panuje martwa cisza..TV wyłączone(mąż czasem wieczorami jakieś wiadomości włączy), a muzyki jakoś też nie słuchamy...Kiedyś było zupełnie inaczej-chociaż w piątki leciała obowiązkowo Trójka. Starzejemy się chyba...I żeby nie było-Floydów też lubię:-) Teledysk do "Another brick in the wall" jest pierwszym teledyskiem, który kojarzę. Jako dziecko uwielbiałam te mroczne "animacje"
Dodaj komentarz

Dziś wyjechała moja mama. Była odwiedzić wnuczkę, całe trzy dni
Zawsze mi jakoś smutno, kiedy wyjeżdża. Już nie tak jak wtedy, kiedy miałam dwanaście lat a ona po raz pierwszy opuszczała kraj. Wyjechała, bo życie jej się tak ułożyło że została ze mną sama. Wiadomo, kasa. A raczej jej brak przy rosnących potrzebach nastolatki. Mój ojciec nie poczuwał się do łożenia na mnie po ich rozwodzie. Efekt jest niestety taki, że ostatnio gdy przypadkowo dowiedziałam się, że zmarł zagranicą nie uroniłam żadnej łzy. Podobno zmarł w maju, kilka dni przed swoimi urodzinami a więc kilka dni przed narodzinami swojej wnuczki. Taki los.
Moja teściowa, która była u nas w Święta kiedy dowiedziała się że przychodzi do nas pewna miła Pani i sprząta raz w tygodniu, stwierdziła że żyjemy ponad stan. Stwierdziła to również wtedy, kiedy zakomunikowaliśmy że kupujemy większe mieszkanie bo urodzić miała nam się córka. Bo ona żyła w dwóch pokojach kilkanaście lat z dziećmi, i dała radę. Może racja.
 I może racja, że z tą pomocą domową to fanaberia. Przecież jestem w domu, więc po co mi pomoc. Jednak Pani, która mi pomaga została nam polecona przez poprzednich właścicieli tego mieszkania. Zgodziliśmy się, żeby do nas przychodziła bo wiedzieliśmy że będzie cesarka .A że straszono mnie, że przez kilka miesięcy po cc będę jak potłuczona (co okazało się totalną bzdurą, bo już kilka dni po myłam podłogi w starym mieszkaniu), to zdecydowaliśmy się na zatrudnienie pomocy.
Do czego zmierzam...Pani O. ma w swoim ojczystym kraju troje dzieci-jedno nastoletnie, 2 i 5-letnie. Z tego też względu mój mąż stwierdził, że dopóki on będzie zarabiał to Pani O. pracę u nas będzie miała.
Ostatnio opowiadała mi, że wieczorami sprząta 'po godzinach' biura w Warszawie, bo po pierwsze kasa a po drugie wieczory są najtrudniejsze. Mówiła, że nie lubi siedzieć w domu, bo wieczorami płacze. Ścisnęło mnie za gardło. 
Nie wiem, jak moja mama przeżyła rozstanie. Ja chyba nie najgorzej, w każdym razie nie pamiętam jakiegoś dramatu. Zostałam z babcią, dalej dobrze się uczyłam, miałam wiele koleżanek i kolegów. Później poszłam na studia, później na kolejne a następnie znalazłam niezłą pracę(nie mylić z karierą). Po kilku latach i nieudanych związkach znalazłam też dobrego męża i odważyłam się urodzić dziecko. Dziecko, którego nigdy nie zostawię. Wierzę, że mój mąż również. Wierzę, że moje dziecko będzie wspominało swoje dzieciństwo z uśmiechem a nie z taką nutą żalu, która we mnie na zawsze już zostanie.

0
Dodaj komentarz

Ku pamięci,
Dziś odkryłam dwie rzeczy. Po pierwsze-Michalina potrafi zjeść biszkopta bez pomocy mamy Super. Po drugie-biszkopta zjada lewą ręką. Obserwowałam ją pod tym kątem, bo tatuś jest leworęczny ale do tej pory myślałam że ona nie będzie. Raczej nie zauważyłam, żeby preferowała którąś z rąk. Jednak ewidentnie biszkopt lepiej jej 'idzie' podany do lewej rączki. No, ciekawe czy również to odziedziczy po tatusiu. Nie zdziwiłoby mnie to, ponieważ jak do tej pory wygląda na to, że większość cech odziedziczyła po nim. Póki co jedyne co ma po mamie, to to że je wszystko-od brokuła, poprzez mięsko czy rybę po wspomniane biszkopty. Tatuś jest bardziej wybredny. Brawo Misia!
Córka za kilka dni skończy 8 miesięcy i właśnie pochowałam ubranka rozmiar 74. Nosi 80, a kilka 86. Jest szczupła, ale "długa". To akurat nie wiem po kim, bo ja mam 170 a mój mąż...172
A jeśli chodzi o ubranka...mam wrażenie, że moja mama odbija sobie lata niedostatków ze mną i od początku szaleje z ubrankami dla wnuczki. Mam już znajomego kuriera, który co raz podrzuca mi paczki z Włoch z nową dostawą. Eh, te babcie.....
Kontynuując temat ubranek-wczoraj odwiedziły mnie koleżanki. Jedna z nich przyniosła mi tonę ciuchów po swoich synach..Wiecie co..może nie powinnam tego pisać ale napiszę...że ja mniej poplamione szmatki mam do czyszczenia mebli Nie wiem, skąd u niej wziął się pomysł w ogóle przechowywania tych ubranek, a co gorsza obdarowywania nimi kogoś. Pomijając fakt, że nam wiedzie się całkiem dobrze (ona o tym wie) i nie potrzebujemy aż takiego wsparcia. Jeśli chodzi o mnie to nawet gdybym wiedziała, że kogoś komu gorzej się wiedzie tymi ciuszkami poratuję, to po prostu kupiłabym kilka nowych ubranek i podarowała. Albo oddałabym te po Misi, które będą jeszcze zdatne do użytku.
 Nie wiem, czy ja jestem dziwna, czy niewdzięczna ale kurcze nie dałabym nikomu czegoś tak 'przechodzonego'. Wczoraj jak zobaczyłam te 'dary' to mnie po prostu zatkało. Widziałam, że zatkało też tę drugą koleżankę Dodatkowym smaczkiem tej sytuacji był fakt, ze Miśka była wówczas wystrojona we włoską sukienkę primo sort
Z dobrych wiadomości. Mój mąż całkiem nieźle sobie radzi. Ma już dwóch 'zaklepanych' klientów, trzeci w drodze. A to oznacza, że już będzie co najmniej tak samo albo nawet lepiej niż na etacie. Uffff Dobrze, że się nie przyznałam, że w niego zwątpiłam...

3
komentarzy
avatar
U mnie tak samo z leworęcznością - mąż 'lewy', ja 'prawa' Maja na początku też wybierała lewą rączkę, potem na zmianę, a jakoś po roczku, czy półtora zaczęła przeważać prawa. I tak zostało Po mężu tez była badana, czy nie ma dysleksji. Nie ma Ale i tak do niego podobna
Rany, cieszę się że kredyty was nie zjedzą, ale więcej nie piszę, co by nie zapeszać!
A tak w ogóle to nie wolisz na razie dawać chrupek kukurydzianych zamiast biszkoptów z cukrem? Nie trzymasz Misi na diecie bezcukrowej jak długo się da?
avatar
Hehe, te biszkopty to raczej wersja treningowa zauważyłam, że idzie jej lepiej chwycenie ciasteczka niż chrupka, a owocami to w ogóle sobie nie radzi jeszcze:/ wszędzie mamy cukier, więc uznałam że biszkopt raz na kiedyś jej nie zaszkodzi. To oczywiście będzie przesada, ale napiszę- ja w jej wieku jadłam już bigos i parówki i zdrowa jestem

Oczywiście nie mam zamiaru dawać jej bigosu
avatar
Ja dawalam te duze chrupki, takie wydłużone, i miałam o tyle latwiej, ze nie dawalam nic glutenowego do roczku. Chociaz rzeczywiście jak upieklam cos biszkoptowego to maly tez dostal, w mysl zasady, ze bez przesady owoce do rączki u tez dostal dopiero jak mial 8 zębów do ich pogryzienia, tak ro utarte, uciapciane. Ale sklepowych slodyczy nie daję, poki mogę, i tych wszystkich deserkow niby mlecznych tez nie, daję jogurt naturalny z owocami.
Dodaj komentarz

To ten moment, w którym koleżanka którą do tej pory nawet lubiłaś, uświadamia Ci jaką jesteś beznadzieją istotą. 
Zazdrość. Tak sobie myślę, że życie byłoby cudowne bez tego uczucia. Byłoby pięknie, nie odczuwać tego brzydkiego ukłucia widząc koleżankę, która jest niewiele starsza od Ciebie a dzieci ma już nastoletnie. I to jakie! Wszystko po Bożemu, czyli najpierw chłopiec, a za dwa lata dziewczynka. Obydwa urodzone siłami natury, wykarmione cyckiem do trzeciego roku życia a po każdym karmieniu odkładane do łóżeczka, gdzie sobie słodko same zasypiały.  Po ukończeniu przepisowego pierwszego miesiąca przesypiały noce a mama mogła się zająć oglądaniem filmów, tudzież ploteczkami z przyjaciółkami, których ma kilka. Oczywiście dom( bo ma piękny dom) zdążyła ogarnąć w ciągu dnia, bo dzieciaczki grzecznie leżały na macie i uskuteczniały pierwsze zabawy. Ugotowała mężowi obiad i wyprasowała koszule. Czas płynął, dzieciaki były coraz grzeczniejsze a ona po pięciu latach znalazła pracę i realizuje się zawodowo. Pięć lat poświęciła tylko dzieciom i ich rozwojowi,i teraz to procentuje bo obydwoje są prymusami. A teraz przychodzi do mnie wystrojona, wymalowana i uczesana, chwaląc się tym wszystkim a ja z zazdrości mam ochotę kopnąć ją w tyłek i zapalić papierosa popijając go czerwonym winem.
A teraz ja. Poczęcie pierwszego dziecka odłożyłam jak mogłam i zgodziłam się w końcu na prokreację, żeby mnie mąż nie kopnął w dupę. Zgodziłam się po trzydziestce, więc nie wiadomo czy na drugie wystarczy czasu i siły. Nie wystarczyło mi odwagi, żeby urodzić córkę jak Pan Bóg przykazał, tylko z radością i ulgą poszłam na cięcie, bo tak zasugerował lekarz. Dziecko dostało w szpitalu butelkę, a teraz karmię je słoikami jak swojego kota saszetkami z karmą. Dziecko co prawda ma się dobrze, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie że ją ktoś podmienił. W nocy wybudza się co kilka godzin, choć wcześniej spała. Nie wiem, co się dzieje. Czy to zęby(tyle czasu?) czy ilość bodźców, która do niej dociera w związku z raczkowaniem. Oczywiście zamiast przy cycku jak wcześniej teraz usypia tylko na rękach a ja mam wrażenie że pierdzielnie mi kręgosłup. Nie gotuję, nie sprzątam a i tak wyglądam jak karykatura samej siebie. Nakupiłam jak głupia kremów za pół wypłaty a i tak smaruję paszczę tylko Hipp-em po córce, bo się szybko wchłania.
I przepraszam, że to piszę ale chcę wrócić do pracy. Mój mąż coś ostatnio przebąkiwał, że jak będą pieniądze to może przez jakiś czas zostanę z Miśką w domu, bo po co mam oddawać niani większość wypłaty. A ja się popłakałam. Autentycznie.
Kocham ją strasznie. Jak ją przytulam, to czuję coś na kształt takiej fali ciepła zalewającej mnie całą, od głowy po czubki palców. Ale po dziesięciu miesiącach ( a ośmiu życia Misi) w domu chcę wrócić do pracy, Bóg mi świadkiem. Brakuje mi ludzi, brakuje mi moich szpilek i garsonek. Przymknę oko na to, że ch..owo mi płacą, bo pracę mam jednak mimo to całkiem znośną. 
Chyba zaczynam świrować.

1
komentarzy
avatar
Tylko się nie porównuj do innych, jednemu dzieci rosną same i obiady gotują się w pół godzinki i tak po prostu mają i już, nie ma co nerwów tracić na porównywanie, to tez nie jest ich wina, każdy z nas ma jakąś swoją ścieżkę macierzyństwa, ważne, zeby samemu ze sobą się dobrze czuć. I pozwolić sobie na swój styl - chcę sloiczki? Ok, to mój wybór i tak ma być, nic nikomu do tego. Chcę spać z dzieckiem? To śpię. To są wszystko drugorzędne sprawy, najważniejsze to po prostu kochać swoje dziecko i siebie.
I ja też chcialam wrócić do pracy a nie iść na wychowawczy, więc cię rozumiem... Ale w koncu tak zdecydowałam i teraz nie żałuję, jeszcze się zdążę napracować musisz podjąć taką decyzję, żeby czuć się szczęśliwą, bo cos w tym jest, co pisze AntiR - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.
No i dziękuję ci za fajny komentarz )) buziaki! Dla ciebie i od Piotrka dla Miśki!
Dodaj komentarz

No dobrze...epizod depresyjny minął, więc dziś będzie 'w miarę' na wesoło
Zacznę od tego, że moje dziecko stoi. Tzn. nie sama, ale ostatnio zaczęła się wdrapywać na niskie meble. Z gracją wspina się i schodzi z ikeowskiego podnóżka, a ostatnio chwyciła się za kanapę i stanęła na nogach. Niepewnie, bo niepewnie ale stanęła  najlepsze jest to, że nadal jeszcze sama nie siada.....Nie wiem, czy to  normalne że dziecko rwie się do stania jeszcze samodzielnie nie siedząc. Postanowiłam umówić ją do pediatry na profilaktyczną wizytę( w końcu mamy już 9-ty miesiąc życia) to pewnie się dowiem. Być może czeka nas wizyta u neurologa. Raz już co prawda byłam z nią u neurologa. Wskazań za bardzo nie było, ale wydębiłam skierowanie od pediatry wystraszona historiami o obniżonym napięciu mięśniowym u dzieci urodzonych cc. Oczywiście lekarka stwierdziła, że przyprowadziłam jej zdrowe, książkowo rozwijające się dziecko ale co tam. Lepiej dmuchać na zimne. 

Oczywiście Michalina zwiedziła już całe mieszkanie, czyszcząc przy okazji zakamarki z kurzu. Kilka dni temu powędrowała za mną do kuchni. Wystarczyła chwila nieuwagi i nakryłam ją na wyjadaniu karmy z kociej miski. No cóż...

Zauważyłam, że moje 'dołki' są ściśle związane z nocnym spaniem córki. Ostatnio jakby lepiej śpi więc i ja łaskawszym okiem spoglądam na rzeczywistość. 
A rzeczywistość jest taka, że mam dwie ręce, dwie nogi, dobrego chłopa i zupełnie zdrowe dziecko. Póki co nie zaliczyłyśmy żadnej choroby, żadnych alergii na horyzoncie nie widać. Póki co. A czytam i słucham opowieści i wiem, że nie u każdego dziecka okres niemowlęcy tak przebiega. Mamy szczęście. 
Ostatnio mąż mi wspomniał, że jego mama i tato stwierdzili że jestem bardzo dobrą matką. Miło mi się zrobiło

Właśnie sobie czekamy na kolejną porcję ubrań i słoiczków z Włoch, więc przy okazji odnotuję coś co niektórym mamom( w tym mi) może się wydać dziwne. A mianowicie Włosi produkują deserki z kakao dla dzieci po 6-tym miesiącu życia. Ja mojej jeszcze nie dawałam, bo naczytałam się że absolutnie zakazane jest kakao przed ukończeniem roku, ale na stanie mam. I jeszcze lepsze..we Włoszech jest większy wybór słoiczkowego mięsa dla niemowląt. Słoiczkowe mamy zapewne wiedzą, że w Polsce Gerber produkuje indyka i kurczaka (a fu!), ja zamawiam indyka i wołowinę od Holle. Włosi mają też np. królika( który własnie do mnie jedzie) i-uwaga- koninę! Moja mama pracuje u rodziny, w której ojciec jest pediatrą w rzymskim szpitalu dla dzieci i zapytała go, o co chodzi z tym mięsem z konia dla niemowląt, czy to czasem nie przegięcie. Odpowiedział, że ten gatunek mięsa jest jak najbardziej wskazany dla dzieci, ponieważ stanowi gigantyczne źródło żelaza. On swoim dwóm córkom jak najbardziej dawał. Więc moja mama zakupiła te słoiki i jadą. Ale chyba się nie odważę

Na zakończenie chciałabym podziękować zielińskiej za to, że do mnie zagląda. 
Bardzo Ci dziękuję, bo Twoje komentarze i wpisy podnoszą mnie na duchu. Naprawdę. Super z Ciebie kobietka.
[font=arial, helvetica, sans-serif] [/font]

4
komentarzy
avatar
Ja chciałam potwierdzić, że Zielińska to super kobietka i dodaje sporo pozytywnych emocji ciężkiemu czasem życiu mamy :-)
avatar
Rany, dziewczyny, teraz to ja się zawstydziłam i idę się schować Kiwam tylko do was nieśmiało łapką i jak mi rumieńce zejdą to się wychylę! Dzięki!
avatar
Gerber i Hipp tez mają sloiczki z krolikiem po 5 miesiącu
avatar
Walabio, chodziło mi o 'czyste' mięso a nie danie
Dodaj komentarz

A dziś, dla odmiany, nastąpił ten moment kiedy odkryłam że dziecko jest w 90 centylu jeśli chodzi o wzrost, a na 3 z wagą. Czyli dramat.
Zaczęło się niewinnie. Rano umówiłam córkę na profilaktyczną wizytę za tydzień i coś mnie podkusiło, żeby przy okazji sprawdzić jak waga. Ponieważ na wadze dla niemowląt już się praktycznie nie mieści, to zważyłam siebie i za chwilę na wagę weszłam z nią. Waży nie więcej niż 7,5 kg. I nie byłoby może takiego dramatu, gdyby nie fakt że mierzy minimum 75 cm( dokładnie z mężem nie jesteśmy jej w stanie zmierzyć). Czyli między wagą a wzrostem jest przepaść. Rozryczałam się jak głupia, tym bardziej że mój małżonek stwierdził,że to moja wina. I oczywiście ma rację, jak zwykle. Co ze mnie za matka...
Stanęliśmy na głowie, ale udało się umówić córkę na dziś wieczór do pediatry na drugim końcu Warszawy.  Na szczęście to jedna z lepszych przychodni, a nie taki bajzel jak ta moja koło domu.
Nie wiem, co powie pan doktor ale spodziewam się ukrzyżowania. I słusznie, bo ze mnie jest totalna idiotka która mimo swojego słusznego wieku nie dorosła do macierzyństwa. Omijałam wagę szerokim łukiem uspokojona faktem, że na ostatniej wizycie lekarka stwierdziła, że córka przybiera książkowo. A może omijałam ją specjalnie? bo nie chciałam wracać do czasów zaraz po urodzeniu, kiedy córka tak słabo przybierała na wadze przez żółtaczkę a ja co drugi dzień chodziłam do przychodni ze łzami w oczach? Były również "cudowne" trzy doby, kiedy miałam nakaz ważenia córki przed i po każdym karmieniu, czyli co max dwie godziny. 
A , i jeszcze jedno. Miałam rację, że idą kolejne zęby. Już widać wybijające się obydwie górne jedynki.
Jeśli to będzie mój ostatni wpis, to oznaczać będzie że faktycznie zostałam ukrzyżowana. Jeśli nie przez lekarza, to przez własnego męża. A jeśli i on nadal we mnie wierzy, to chyba sama sobie strzelę w głowę.
Edit: rozmawiałam z siostrą, która stwierdziła ze najgorsza głupotą jaka zrobię będzie przyprowadzenie  zdrowego dziecka do przychodni pełnej wirusów. I co ja mam zrobić?

1
komentarzy
avatar
Nie bierz w ogóle pod uwagę wyników z domowej wagi z dzieckiem na rękach! Mnie pediatra powiedział ostatnio ,że to jest całkowicie niewiarygodne i to prawda- jak ja się tak ważyłam z moim Wojtusiem , to zawsze wychodziło coś innego niż na drugi dzień u lekarza. Zobaczysz, że posadzona na porządnie wyskalowanej wadze niemowlęcej będzie miała te swoje 8,5 kg. I jesteś świetną matką, spokojnie. A małżonkowi powiedz, że w kodeksie prawa cywilnego nie ma paragrafu zakazującemu ojcom kontroli wagi i wzrostu własnych niemowląt- sam mógł sprawdzić, jak widział, że dzidzia długa i szczuplutka. A jak nie sprawdził to niech się teraz nie wymądrza.
Dodaj komentarz
avatar
{text}