avatar

tytuł: Ucząc się siebie... i jej!

autor: rybuuu

Wstęp

about me

O mnie:

about me

Jestem/chciała bym być mamą:

i nie zwariować.

about me

Moje dzieci:

about me

Moje emocje:

Podekscytowanie, ogromna radość i miłość miesza się ze strachem.

Michalina jest z nami tydzień

Teraz będzie wpis o tym, jak to traumatyczną historię można przekuć w coś dobrego.

Co się działo do porodu, to już wiecie. Ale nasz szpitalny koszmar wcale nie skończył się tuż po nim. Zaczęło się od tego, że zemdlałam. Wykryli u mnie bardzo niską hemoglobinę. Przez noc miałam przetaczaną krew. Obserwacja mojego ciała wydłużyła nam pobyt o cały jeden dzień. W międzyczasie wyszły u nas problemy z karmieniem. Mała zaczęła tracić na wadze, poniżej dopuszczalnego spadku fizjologicznego, do tego narastała jej żółtaczka. Wokół nas kręciło się dużo osób, każdy udzielał 'mądrych' rad, ale podskórnie czułam, że wszystkie są do niczego. 'Przystawiaj, to się przyssie kiedyś'. Moja córka nie przyssałaby się nigdy, wiecie, czemu? Bo trawiła ją choroba, ciężki poród, a ja… mam płaskie brodawki. Mało tego, wiedziałam o tym dużo przed zajściem w ciążę, ale nie wiem, na co liczyłam… że wystrzelą? Jeżeli czyta mnie jakaś ciężarna z podobną przypadłością, to ostrzegam - nie wystrzelą. Najlepiej iść najprędzej do doradcy laktacyjnego i zacząć ćwiczyć brodawki. Mała miała parę razy podaną mieszankę, ale nie chciałam się poddać tak po prostu, bo wiedziałam, że jeżeli jest chora, to ona potrzebuje mojej siary bardziej niż kiedykolwiek - to już nie chodzi nawet o jakieś moje osobiste ambicje. Poprosiłam o laktator. I wtedy spotkałam ją… Symfonię Medeli.

Kobietki. Jeżeli macie jakikolwiek problem z rozhulaniem laktacji, to błagam - żadne Canpole, Lovi i inne szitowe laktatory. Mąż dowiózł mi mój zakup życia z tej drugiej firmy do szpitala i cóż… Kiedy Medela ściągała mi już kolejnego dnia zabawy prawie 50ml, Lovi dawało ledwo radę 10. Ten sprzęt uratował moją laktację, rozbujał ją na całego, chociaż w ogóle nie przystawiałam małej przez kilka dni. Całymi dniami i nocami ściągałam, co dwie lub trzy godziny. Mleka było coraz więcej, a mała dostawała je przez butelkę.

Nie zmienia to faktu, że byłam już cholernie zmęczona, zwłaszcza, że w szpitalu są jakieś podwójne standardy. Cesarka? Co chwilę ktoś zagląda, jedna kroplóweczka, druga, trzecia… Masz poród zabiegowy, z komplikacjami, z użyciem kleszczy? Chuj, poszło dołem, więc możesz się ruszać - po dwóch dniach wycia z bólu na szpitalnym łóżku dowiedziałam się, że powinnam była SAMA poprosić o leki przeciwbólowe. Jeden z kryzysów z poruszaniem się zaliczyłam tuż po przetaczaniu krwi. Leżałam i płakałam. Znalazła mnie jedna położna, anioł akurat. Załatwiła mi ketonal i pomogła pójść pod prysznic, choć gdy tam szłam, to czułam, jakby to był moja droga krzyżowa, a potem dokładnie mnie umyła. Do teraz jednak mam cholerne problemy po nacięciu, ledwo się ruszam.

Prawdziwy kryzys miał dopiero przyjść. Mijały kolejne doby, a małej rosła żółtaczka. Padło hasło - fototerapia. Noce mijały mi na odciąganiu, doskakiwaniu do małej ostatkiem sił z pękniętym, zaniedbanym kroczem. Zaczął paprać jej się pępek. Prawie w ogóle nie spałam przez kilka dni. Mąż mi strasznie pomagał, dopóki go nie wyganiano z oddziału. Nie mogłyśmy znaleźć spokoju, bo co chwilę ktoś robił wejście smoka - badania, kiedy dopiero zasnęła, zapalanie świateł, bo ktoś łóżko obok zadzwonił dzwonkiem itp.. No i przedostatniego dnia przytargali tą maszynę. Teraz, gdy myślę o swojej reakcji, to była nadmiarowa. Naświetlanie przez żółtaczkę było potrzebne, nie jest metodą inwazyjną, ale gdy założyli małej okulary i kazali nam ją tam trzymać cały dzień i noc, to myślałam, że robią jej najokropniejszą krzywdę. Raz w przerwie na naświetlaniu położna stwierdziła, że da mi Michalinkę do karmienia. Była golutka, w samej pieluszce. Miała takie bystre, rozbiegane spojrzenie, robiła do mnie słodkie minki, rozwierając dziubek. Dopadła mnie ogromna bezsilność. Nie byłam w stanie się nią zająć, chciałam uciec z nią w ramionach, a do tego za chwilę miałabym ją wsadzić z powrotem na maszynę. Zaczęłam zalewać się łzami, mąż akurat wyszedł do sklepu. Gdy wrócił, błagałam go z zapłakaną twarzą, żeby ją wziął, a potem… Potem poczułam, jak granica mojej wytrzymałości psychicznej zwyczajnie runęła. Siedzialam w łazience i wyłam. Nie wiem, ile spędziłam tam czasu. Wyciągnął mnie mąż i trzy położne, nawet nie wiem, które, byłam w amoku. Zasnęłam po tej akcji głęboko. Co by nie przedłużać - od razu dali nam pojedynczy pokój, mąż mógł zostać na noc a ja dostałam receptę na lekkie psychotropy i skierowanie na terapię. Następnego dnia dostaliśmy wypis. Małej się polepszyło.

Cały czas pewnie myślicie, gdzie tu są pozytywne aspekty… już Wam mówię.

Prawda jest taka, że moje omdlenie pierwszego dnia… uratowało mi dziecko.

Gdybym nie została na obserwacji dzień dłużej, zostalibyśmy wysłani do domu z wynikami Miśki na granicy norm. Kolejna doba pokazała jednak, że tendencja jest niezbyt dobrze rokująca. Dzięki temu, że wycierpiałam swoje, miałam okazję rozbujać laktację, podać małej siarę w butelce i poniekąd tym sposobem pomóc jej zwalczyć żółtaczkę. W ten sposób wyszłam ze szpitala z najedzonym dzieckiem, prawie już różowym, z siłą do nauki ssania, z mlekiem w piersiach. Dzień lepszego samopoczucia i wyszłybyśmy wcześniej, ale ja dalej myślałabym, że mogę ją przystawiać, zagłodziłabym ją, cycki wyschłyby mi na wiór a ona zaczęłaby chorować bardziej.

Tak skończyła się moja szpitalna historia, po 12 dniach pobytu, z czego w połowie z Miśką.

Jesteśmy już w domu… Obecnie walczymy o rutynę i moje karmienie piersią. Jestem po domowej wizycie doradcy. Zapowiada się dobrze. Na razie, ze względu na moje mutancie sutki, karmię w nakładkach. Nie powiem - ciężko przerzucić się z butelki, właśnie doświadczamy z mężem brutalnej rzeczywistości karmienia na żądanie, ale zaciskam zęby i jedziemy. Notuję wszystkie kupki i siuśki, których jest od groma. Hobby małej to walnięcie kupy zaraz po zmianie pampersa i obsikiwanie wszystkiego w trakcie. Wygląda na to, że mała się najada, choć prawdę mówiąc - czasem muszę ją pilnować, bo zaliczyliśmy już dwa solidne bełty od przejedzenia.

Strasznie chciałabym napisać kolejny wpis o samym karmieniu, gdyż mam wrażenie, że moja intuicja podpowiedziała mi bardzo dużo dobrego i to, że moja reakcja była tak szybka, pozwala nam teraz w ogóle od czegoś wyjść. Chciałabym przestrzec przed tym inne kobiety - mam wrażenie, że pomimo ogromnej ilości przypadków problemów z karmieniem po porodach z komplikacjami to i jak robi się z tego jakieś pieprzone podziemie.

A tak zupełnie na finał powiem Wam coś nieskromnie. Zanim urodziłam, wizualizowałam sobie swój poród naturalny i mówiłam sobie, że na pewno będę się po tym czuła dumna z siebie. Przeżyłam za to 12 dni koszmaru w szpitalu i w sumie po części dalej go przeżywam, choć w jakiś 5% natężenia. I o ile nie twierdzę, że to było konieczne, tak czuję się jak jakiś pieprzony terminator. Sama nie wierzę, że przeżyłam to wszystko i jeszcze umiem się uśmiechnąć.

Jestem twardzielką.

5
komentarzy
avatar
Tak. Jesteś twardzielka. Gratuluję Michalince takiej Mamy. A ile miałaś hemoglobiny zapytam z ciekawości?
avatar
W tym szpitalu to chyba jest coś nie tak... :/ chociaż jak piszesz, zdarzyli się też dobrzy ludzie. Jesteście w bardzo trudnym okresie: połogu. Miałam podobne problemy z brodawkami, wiec rozumiem, jak to utrudnia życie. Jednak zapewniam, że każdy następny dzień będzie już teraz lepszy od poprzedniego.
avatar
Czekałam na Twój kolejny wpis Rybeńko. Każdy dzień przybliża Cię stanięcia co raz to dalej od wspomnień okołoporodowych. A fizycznie? Będzie już tylko lepiej!
avatar
Rozbeczalam się jak to czytałam . Jesteś tak kurewsko dzielna że zaraz z wózkiem przyjadę i utule.
Jedno napisałaś dobrze: INTUICJA
Nigdy w nia nie wątp.
Nie znam Cię ale jestem z Ciebie tak dumna,że szok!
avatar
tak jesteś Kochana i cieszę się że teraz się uczycie siebie. uścisku. niestety o polskich porodach tylko słyszałam i nawet mam kilka koleżanek które specjalnie wyjeżdżają na poród do polski (pewnie płacą kasę za prywatny poród, może dlatego tak zachwalaja) ale faktycznie z niektórych opowiadanie to większość jest straszna. mam nadzieję , że dajecie sobie radę teraz i żewspomnienie porodu zostanie tylko za mgła, żebyście mogły się sobą nacieszyć :-* :-*<3 <3
cudna córcia :♧
Dodaj komentarz

Jeśli idziesz przez piekło - idź dalej. - Winston Churchill


Chyba przyszłam się… pożegnać?

Aż nie wiem, jak zacząć. Rzadko kiedy nie wiem, jak zacząć.

Pierwsze dni z Miśką w domu nie należą do najłatwiejszych, głównie ze względu na to, że ja też… nie domagam. Mam problem z nacięciem krocza i odchodami połogowymi. Położna środowiskowa uspokaja, że wszystko będzie dobrze. Nie wiem, czy nie skończy się łyżeczkowaniem - oby nie. Rana trochę się rozeszła - zagoi się, ale jak…? Stwierdziła za to jednoznacznie, że zostałam skrzywdzona brakiem decyzji o CC i że wskazania, o których moja doktor stwierdziła, że ich nie ma, ewidentnie były.

Sama nie wiem, czy moja rana po nacięciu to największy problem, chyba nie. Tak zupełnie poważnie to cierpię z innego powodu - że zostałam okradziona z cudu macierzyństwa. Michalinka spędza na naszym ziemskim padole pierwsze dni, a ja nie mogę się nią zająć. Przewija, ubiera, kąpie i nawet dostawia do mojej protezy sutka - mój mąż. Nie zdziwię się, kiedy to do niego Michalina powie kiedyś 'mama'. Nie robię jej prawie żadnych zdjęć, choć bardzo o tym marzyłam, wiecie… 'Pierwszy tydzień'. 'Drugi tydzień'. 'Pierwszy spacer'. 'Moje stópki'. 'Moja pierwsza zabawka'. 'Ja i mama'. 'Ja i tata'. 'Ja, mama i tata'. Nie mam tego. Jestem tylko ja, leżąca na kanapie na podkładzie, z raną, która się rozeszła, cała we własnym mleku i krwi połogowej, nasłuchująca jak mój mąż przewija płaczącą córkę.

Chociaż mówienie o tym, że ona płacze, jest mocno na wyrost. Mamy wspaniałe dziecko. Jeżeli czytałyście mój pamiętnik od początku to dobrze wiecie, że Michalina to twarda zawodniczka - nie inaczej jest teraz. Jest niebotycznie silna - to jej dziewiąty dzień życia, a ona już podnosi głowę! Macha łapkami i nóżkami jak dzika i skopuje każdy nałożony kocyk. Strzela takie miny, że wszystkim miękną nogi. Wzrok i słuch też dają radę - reaguje na wszystkie kontrasty i dźwięki. Nie zanosi się płaczem. Jest regularnie przewijana, karmiona i pielęgnowana, zanim tylko zdąży się na dobre rozkwikać.

Tak czy siak - muszę zniknąć na jakiś czas. Mam sporo do przepracowania.

Muszę przestać się zadręczać, że jestem okropną matką, bo nie byłam w stanie jej urodzić, nakarmić, a teraz nie jestem w stanie się nią opiekować.
Muszę przestać myśleć o tym, że moje nacięcie źle się zrośnie i że będzie bolało mnie do końca życia i nie pozwoli powrócić do życia seksualnego.
Muszę przestać myśleć o tym, że kiedyś definitywnie powiem mężowi, że Michalina będzie naszym jedynym dzieckiem, bo póki co chyba ciągle się łudzi, że się po tym wszystkim podniosę… Ja już wiem, że nie.
Muszę przestać myśleć o tym, że każdy dzień mojej rekonwalescencji oddala nas od siebie.
Muszę przestać myśleć o tym, jak strasznie skrzywdzono mnie w szpitalu. Choć wiem, że prędzej czy później będę to musiała przepracować. Dzień po dniu.
Muszę przestać myśleć o tym, że za oknem sierpień, koniec lata. Natura obrosła w dobrostan. A ja nie mogę iść z małą na spacer z wózkiem, bo sama ledwo idę do toalety.


Muszę zacząć myśleć o tym, że Michalina jest z nami.
Po drugiej stronie.
Jest zdrowa i silna, ma przy sobie swojego tatę. I to takiego, że lepszego mieć nie mogła.
A ja mam wspaniałego męża.


Trzymajcie się, dziewczyny.
Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę i kiedy powiem Wam, że już wyszłyśmy z piekła.

7
komentarzy
avatar
ojjj Kochana Sciskamy Cie bardzo i rozumiem Cie. jak dzieciaki pójdą spać naskrobie maila. wiem, łatwo się mowi ale bardziej lepiej lub nawet cudownie wszczegolnosc na twoją corcie :-* :-* :-* :-*
avatar
Przypomniałaś mi mój pierwszy miesiąc życia mojej córki. Ja byłam po cc i czułam się podobnie. To minie, życzę Ci siły.
avatar
Trzymaj się kochana. Bardzo mocno się trzymaj. Jak coś to zawsze możesz pisać.
My tu będziemy wszystkie czekały na Ciebie cierpliwie. A Tobie życzę siły ogromnej.
Ucaluj meza ode mnie ,że taki dobry i malutka ucaluj. I siebie też mocno przytul ode mnie.
Będzie dobrze. Pewnie to trochę potrwa ale trzymaj się tej myśli.
Całuję i ściskam mocno!!!!!
avatar
Rozchodzenie się rany?! :o pierwszy raz o czyms takim słyszę, to straszne, może jednak powinien Cię obejrzeć jakiś inny ginekolog z dobrymi opiniami zanim stan zdrowia się pogorszy... bo jakoś nie wierzę, że to normalne. Szpital - szkoda słów, z tym szpitalem jest coś nie halo mocno współczuję a co do wszelkich obaw, to nie myślałaś o tym, że może dopada Cię depresja poporodowa? mamaginekolog na blogu pisze, że połóg może być najgorszym okresem w życiu kobiety - nie bez powodu. I pamiętaj, to jak rodzisz i czy karmisz nie determinuje tego, jaką jesteś mamą. Jesteś najlepszą mamą na świecie dla swojej córci, bo kochasz ją najbardziej na świecie. Zobaczysz, połóg minie i wszystko się ułoży.
avatar
trudno się mnie rozkleja, tak żeby było widać łzy, chociaż jestem wrażliwa jak cholera, ale Tobie się udało. strasznie się to wszystko pochrzaniło, ale najważniejsze że masz: wspaniałą córkę i męża, który robi dobrą robotę. musisz się trzymać tej myśli i absolutnie niczego sobie nie wyrzucać. jesteś idealna. wszystkie Twoje wpisy o tym poświadczają, a to co jest teraz, to jest przejściowe, choć może na razie na takie nie wygląda. ściskam Cię mocno i jeszcze mocniej!
avatar
Kochana nawet nie wiem co Ci napisać. Na pewno teraz potrzebujesz czasu. Bierz go tyle ile chcesz. W koncu bedziesz sie cieszyc macierzynstwem. Kiedy ten dzien nadejdzie wrócisz do nas. Jesteśmy z Tobą :*
avatar
Kochana wiem co czujesz. Jestem juz po c.c i jest poprostu tragicznie. Wszystko przy malym robi moj maz a ja ledwo zwlekam sie z lozka. Masakra, ja juz naa 100% bede miala tylko 1 dziecko.
Dodaj komentarz

Miałam wrócić, kiedy będzie lepiej. No i skłamałabym mówiąc, że jest gorzej. Rana jako tako goi się, choć długo i boleśnie, ale jestem w stanie już na moment usiąść. Przykrość doświadczenia zaparcia przy combo 'hemoroid-rana krocza-szew' to już całe szczęście tylko wspomnienie. Nie ominęło mnie niestety łyżeczkowanie - dobę spędziłam w szpitalu, sama, bez małej. I brak jej przy mnie był zdecydowanie gorszy od zabiegu, który w zasadzie w ogóle jakoś mnie nie ruszył, bo trwał może 20 minut, w pełnej narkozie. Ale mąż dał radę. On to w ogóle zajmuje się małą na medal i bardziej ufam, gdy córa jest z nim niż ze mną. Całe szczęście miałam porobione dość zapasów własnego mleka w zamrażalniku, że ogarnęli na nim podczas mojej nieobecności. Wciąż krwawię, nie wiem, ile to potrwa, ale spokojnie mogłabym zostać twarzą Belli, Akuku i Seni - zużywam podkłady i wkładki laktacyjne w ilościach hurtowych. Leci ze mnie wszystkimi otworami, cała rodzina już widziała mnie nago i czuję się odarta z godności do szpiku kości.

Mamy problem z karmieniem. Doznaję naraz dwóch problemów, których się nie spodziewałam. Pierwszy - hiperlaktacja. Dobre, co nie? Powinnam się cieszyć. Gdybym była osobą postronną, to powiedziałabym, że co to za problem - mleczka dużo, dziecko ma co jeść! Ale nie robi się fajnie, kiedy: karmiąc jedną piersią z drugiej niekontrolowanie leci i wszystko jest w mleku; kiedy dziecko pijąc z tej piersi nawet nie ssie, tylko jest dosłownie zalane; kiedy przez to ani razu nie wypija mleka drugiej fazy, więc nie śpi i nie spożywa tłuszczy, tylko węglowodany z pierwszej fazy; kiedy przez to robi kupę dosłownie co 20 minut i dostaje odparzeń; kiedy generalnie w konsekwencji dziecko jest non stop głodne i wymęczone. Cale szczęście problem zdiagnozowałam sama w miarę szybko i właśnie próbuje metody blokowania karmień. W necie jest spoko artykuł na ten temat, więc nie będę się rozpisywać. Na pewno go znajdziecie, bo jest może... Jeden. Działać działa, bo gdy dostaje mleko z nieobrzmiałej piersi, to nareszcie śpi książkowo i nie obsrywa się po łopatki.

I drugi problem... Nawet nie wiem, czy nie gorszy. Karmienie piersią to dla mnie udręka i robię to tylko dlatego, że a) wiem, że mm to nie mleko kobiece i b) bo mogę i mam możliwość. Ale tego nie cierpię. Nie czuję magicznej więzi matka-dziecko, kiedy mała ssie pierś. W ciąży też nie czułam misterium błogosławionego stanu. W ogóle doprowadza mnie do irytacji myśl o porodzie, kobiecej fizjologii, miesiączce, seksie już nawet... Nie wiem, czy to nie aby konsekwencje ciężkiego porodu i połogu, ale marzę by w magiczny sposób zostać obojnakiem i żeby ktoś mógł karmić małą butlą. Tak, wiem - zastrzelcie mnie. Ale co ja mogę... Nie cierpię swojego ciała, które nie podołało i które dalej płata mi figle. A co do magii macierzyństwa, cóż... O wiele więcej poczucia budowania więzi daje mi pchanie wózka i tulenie małej. Pomimo wielu dni dostawiania jej do mojego sutka w nakładce, mamą poczułam się dopiero, kiedy Michalinka zasnęła w moich ramionach, ululana kołysaniem, nuceniem i smyraniem za uszami. Pierś to niestety dla mnie przykra konieczność. I tego się w ogóle po sobie nie spodziewałam.

Idziemy dalej. Na drodze mam kolejne dwa wyboje - powrót męża do pracy, czego chyba nie przeżyję, i... guzka w podbrzuszu, którego wymacałam. Potnę się, kiedy znów każą mi iść do szpitala...

Przepraszam, że Wam nie odpisuję. Same wiecie, jak to jest na początku...

Choć nie ukrywam, że tęsknię za szczegółowym opisywaniem, co mi siedzi w głowie. A siedzi dużo. Kiedy jednak próbuje wrócić do tych myśli, to przychodzi mi to z trudem - dni zlewają się w jeden. Wiem tylko, że to kiedyś zemści się na mnie i cały ten ból wyleje się we mnie jak żółć z pękniętego wyrostka. Ale jeszcze nie dziś... Bo póki co pcham ten wózek, odhaczam kolejne metry.

Próbuję jakoś żyć.

9
komentarzy
avatar
Też stosuje technikę blokowania. Plus odciąganie kilka ml przed karmieniem . Jest lepiej!
Co do guzka- ja też mam ale to podobno węzeł chłonny ,który prawdopodobnie już zostanie. Wielkości ziarenka ciecierzycy.
Co do karmienia jeszcze. Mam ten plus albo minus że ja teho nie czuję. Mam zupełnie zerowe odczucia jeśli chodzi o sutki. Można je lizać ,ssać ,cokolwiek a ja tego nie czuję. Nigdy nie czułam.
Powoli wszystko wróci do normy. Cieszę się ogromnie że napisałas.
A jak mama? Coś się zmieniło?
Jak coś to pisz ;-)
avatar
Mamie zdarza się sądzić glupawe teksty, ale jest zakochana we wnuczce a ja po tym wszystkim, co miało miejsce, serio puszczam mimo uszu te farmazony... Dopiero teraz mi się to udaje. Całusy! :*
avatar
Co do macierzyństwa, to mnie bardzo rozczarowało. Nie chcę być źle zrozumiana, ale odnoszę wrażenie, że za dużo w mediach jest cukierkowych obrazków, opisów i gadania wokół, że to takie cudne, wspaniałe, a miłość, cierpliwość i siła cyborga spływa na kobietę jak tylko ujrzy własne dziecko. Kocham swoje dzieci, ale nie czułam przy karmieniu, że to takie super fajne jest, nie czułam tej więzi. Tylko tak jak napisałaś. Karmienie to był pewien obowiązek, raz go lubiłam innym razem nie. Jednak moja więź z dziećmi raczej budowała się poprzez przytulanie, usypianie, bawienie się z maluchem, pomaganie mu w trudnych chwilach. Budowała się długo i powoli. Tak to czułam. Nic na mnie nie spłynęło, nie dostałam olśnienia, a stanu ciąży nienawidziłam. Poród i połóg nic fajnego, ani przyjemnego. Dopiero teraz, kiedy moje dzieci są trochę starsze, moje ciało przypomina prawie to sprzed ciąż, czuję się dobrze, to teraz mi się macierzyństwo zaczyna podobać. Ale też co jakiś czas potrzebuję oddechu, by się nie zachłysnąć.
avatar
jeszcze przed porodem nasłuchałam się w szkole rodzenia, że karmienie to budowanie więzi, że kobiety które podczas karmienia korzystają z telefonu, internetu, czytają gazety/książki są złe, nieczułe i w ogóle na stos z nimi i strasznie się z tym zgadzałam. ale potem urodziłam i tylko w tym roku przy karmieniu przeczytałam niemal 50 książek, bo nie wiem jak inne dzieci, ale moje to na pewno nie buduje ze mną więzi podczas karmienia, co najwyżej z moimi cyckami, a że zdarzały nam się bardzo długie karmienia, nawet około godziny to chciałam coś z tym czasem zrobić, żeby nie być tak zupełnie bezproduktywną. z tego samego powodu czytam w metrze. i kurde tak na logikę też sobie nie buduję więzi z talerzem pozdrawiam i fajnie, że coś jednak napisałaś. nawet jeśli dalej nie jest najlepiej, to jednak zawsze lżej.
avatar
Jak bardzo los jest przewrotny, a każda historia inna... Ty cierpisz na nadmiar mleka, a ja musiałam hardcorowo walczyć o każdą jego kroplę... zamrażarka pełna mleka to było dla mnie nieosiągalne marzenie, bo nie mogłam zamrozić nawet porcji. Życzę szybkiego powrotu do formy i wierz mi, będzie duuuużo lepiej :*
avatar
"Nie cierpię swojego ciała, które nie podołało i które dalej płata mi figle" - ale jak to nie podołało?? W Twoim ciele urosło zdrowe dziecko, urodziłaś je, chociaż miało ponad 4 kg, jesteś wielka, jesteś bohaterką :*
avatar
Kochana ! Nie znamy się, ale uwierz lub nie ale czytam z zaciekawieniem twój pamiętnik przez całą swoją ciążę i później. Jesteś mistrzynią! Mój synek jutro kończy 8 tygodni. Mój wymarzony poród naturalny skończył się cięciem cesarskim po 14h od odejścia wód płodowych. Po porodzie byłam oczywiście obolała i szczerze? Straciłam jakąkolwiek radość z macierzyństwa i zastanawiałam się po co nam to było. SIC. Dodatkowo karmienie ... nienawidziłam karmienia piersią ... byłam sama, a mały wciąż wisiał na piersi. Dodatkowo zaczął ulewać jak szalony, bo mleka było co raz więcej. Szczerze ... to karmiąc go myślałam tylko o tym jak będą wyglądać moje cycki po zakończonej laktacji. Po prostu nie byłam stworzona do karmienia piersią i tyle. Chodziłam nieszczęśliwa, niezadowolona... Dodatkowo doszła wysypka u małego ... więc doszła dieta ... w pewnym momencie jadłam suche wafle ryżowe i piłam wodę. Pediatra wprowadziła nam mm i kazała próbować z dietą dalej. Na mm było lepiej, mały nie ulewał, wysypka zeszłą, brzuch go nie bolał. I w pewnym momencie po 6 tygodniach mordowni powiedziałam basta. Mały jest teraz na mleku modyfikowanym, jest w miarę zadowolony. Oczywiście ma swoje niemowlęckie problemy Ale kto ich nie ma. Ja powoli wychodzę z kryzysu, że a) nie urodziłam tak jak chciałam b) znienawidziłam swoje cycki. I staram się cieszyć byciem mamą, choć jest różnie Pamiętaj, że nie jesteś sama na tym świecie. Jest nas miliony kobitek i tak jak napisałaś wcześniej musimy być twardzielkami Pozdrawiam.
avatar
hej! czasem podczytuje moj porod zakonczyl sie cc i dlugo psychicznie do sibie dojsc nie moglam, bo chcialam sn. Czasem marze o tym, by drugie bobo przyszlo sn, ale nie wiem, czy sie zdecyduje..Jestes dowodem na to, ze indukcje rzadko sie udaja, tzn udaja, ale jak to sie moze zakonczyc, porod kleszczowy, to jednak nie jest ok. Moj gin zawsze mowil ze duze dzieci ( plody) rodza sie gorzej i czesto sa przenoszone. Straszyl mnie, bo moj tez byl duzy, ale urodzlam 11 dni wczesniej, bo wody mi odeszly. A co do zoltaczki, mnie to tez nie ominelo, lampy i patrzysz na tego Okruszka, jak tam lezy i nie rozumiesz..Skad ja to znam, cale szczescie dostalam od razu samotny pokoj i maz mogl przychodzic, ale na noc nie mogl zostac. Synka musialam sama na karmienie wyjmowac i mu te obrzydliwe okulary zakladac ( a polozne straszyly, ze promienowanie moze oczy uszkodzic ) Moj Maly ma juz prawie rok, dalej sie karmimy, ale pierwsze pol roku to byl koszmar, nie ukrywam, teraz to co innego. Takze jesli bedziesz chciala i wytrwasz dlugo, zobaczysz, ze karmienie potrafi byc lekkie i proste, nadzwyczaj oczywiste, ale pierwsze miesiace sa ciezkie. $ pierwszych nawet nie pamietam..
avatar
i gdyby mi ktos powiedzial 10-11 miesiecy temu, ze z czasem karmienie stanie sie lzejsze to bym nie uwierzyla i popatrzala na niego jak na kosmite. A rok mi ktos doslownie ukradl, tak ten czas leci.
Dodaj komentarz

Trzecia w nocy. A może nad ranem? To nie ma znaczenia, godziny zlewają się w jeden ciąg...

Po pierwszym karmieniu po północy. To jedno z moich ulubionych karmień. Pomiędzy pierwszą a czwartą jest największy wyrzut prolaktyny, w cyckach mam więc usypiającą śmietanę. Miśka zasysa się i po takim zassaniu pada jak pet od razu odłożona do łóżka. Przed nami jakieś 3-4 godziny, powinnam spać, ale nie mogę. Za długo męczyłam jedną pierś, następnym razem pójdzie druga, ale żeby ją uruchomić, to muszę ją najpierw wyczyścić, co by znów nie zalać córki i nie doprowadzić jej brzuszka do rozstroju. Siadam więc w fotelu, odpalam swinga Medeli. Moja rodzina śpi, a ja nasłuchuję... Brrr, brrr, brrr, brrr... Dźwięk, który w szpitalu ratował mi laktację, teraz brzmi jak przekleństwo. Potem szybko do lodówki - tup, tup, tup... Wyjmuję na wpół zapełnione pojemniki na pokarm, przelewam je w jedno, jak jakiś pieprzony alchemik, aby tak zmieszane schować do zamrażalnika - muszę oszczędzać zbiorniki, bo szybko się kończą. Świeża porcja ląduje na półce w lodówce. Myślę sobie, czy kiedykolwiek zużyję te zapasy... Może gdy znowu wyląduję w szpitalu?

Z dołu leci a mi zaczęła się paprać rana od ambicji i przedwczesnych prób siadania, więc trzeba ją oporządzić przed położeniem się. Prysznic, octanisept, rozkładam nogi jak żaba. Jutro muszę znów umówić się do ginekologa, oby przepisał mi jakąś maść, która przyspieszy proces gojenia... Ale tak zupełnie serio to marzę o czymś innym - aby ktoś zatrzymał czas, dał mi tydzień na dojście do siebie, a potem wrócił mnie do tego samego momentu, aby nie umknęło mi nic z pierwszych dni życia mojego dziecka.

Michalina nie zasługuje na tą sytuację. Czuję palące poczucie winy. Już nawet nie dlatego, że nie mogę się nią zajmować, ale dlatego, że gdy już zajmuję, to marzę, by usnęła. I żebym ja wtedy mogła się położyć i regenerować. I żeby ktoś za trzy godziny nakarmił ją za mnie. Dalej nie odczuwam radości z tego procesu, prawdę mówiąc - jest coraz gorzej. Gdy tylko zaczynamy, od razu biorę do łapy telefon. I czytam, oglądam... Od czasu do czasu zerknę w dół, a tam Miśka ciągnie nakładkę i też nie wygląda na kogoś zainteresowanego budowaniem więzi, jest w ciumkającym transie. Czuję się jak maszyna z rozwalonym podwoziem i nieokiełznanym modułem wytwarzającym mleko. Warzywo. Spoglądam w lustro i to nie jest widok, na który byłam gotowa. Spodziewałam się podkrążonych oczu, potarganych włosów, wymiętej skóry, ale nie, jest gorzej... Ja wyglądam jak śmierć. I czuję się tak.

Trzeba nazwać rzecz po imieniu - cierpię. I to cierpienie zdaje się nie mieć końca. O ile nie marzę o imprezach, lataniu po galeriach i chodzeniu samopas, tak po prostu śnię o jednym - chcę USIĄŚĆ na podwórku i kołysać małą w wózku. Czuję się, jakbym wpadła w czasoprzestrzenną dziurę, z której nie ma odwrotu. Jakbym całe życie już miała leżeć, karmić, ściągać mleko, podcierać ranę, błagać o doniesienie jedzenia, umawiać lekarzy, drżeć o swoje zdrowie, łykać piguły, wyparzać nakładki i żyć wciąż świeżym wspomnieniem porodu. Dużo czytałam w ciąży o tym, że macierzyństwo potrafi przygnieść. Myślałam, że chodzi o nierozszyfrowanie płaczu noworodka, przytłaczającą ilość pieluch, 'wiszenie na cycku'. Nie brałam pod uwagę ani razu, że połóg może być tak ciężki, że poczuję się jakby mi ktoś odebrał sprawność na resztę życia.

Światełka w tunelu są dwa.
Po pierwsze - zdrowe dzieciątko.
Po drugie - wszyscy mówią, że to się kiedyś kończy.

Dziękuję Wam za Wasze historie w komentarzach. Choć na chwilę nie czułam się sama, gdy je czytałam. Dziękuję po stokroć.

7
komentarzy
avatar
Tak, tak, to wydaje się nie mieć końca, ale uwierz - ten koniec nastąpi. Połóg to koszmar, który rządzi się swoimi prawami, ale w końcu się kończy.
avatar
zbudujesz wiez z dzieckiem, uwierz, nawet niezaleznie czy bedziesz kp czy nie. Jesli mam byc szczera, ja tez zadnej magii nie czulam. dosadnie dla dziecka to tez walka o przetrwanie, musi jesc byc zyc, przy piersi czuje sie bezpieznie, to na pewno. Ale ja nazywalam siebie po prostu jedzeniem przez jakie 4 pierwsze miesiace.
avatar
Rana się wygoi i będzie ok. Wiem, że to się może wydawać bardzo odległe w czasie, ale w końcu będziesz mogła porządnie usiąść i zająć się małą. Ja po pierwszym porodzie też miałam depresję (w każdym razie wszystkie objawy na to wskazywały), bo mała zaraz po powrocie do domu dostała strasznych kolek i się to ciągnęło 2 miesiące. Kolki zaczynały się ok 17.30 i codziennie trwały do 2.30... tak, tak, codziennie o tej godzinie chodziliśmy spać po to, by za godzinę była znowu pobudka. Czułam się jak zombi, nie chciałam niczyjej pomocy, ale jak tylko mąż wychodził po zakupy, to ja się autentycznie bałam zostawać sama w domu z małą. Mnie krocze bolało po SN, bo lekarz mnie krzywo zszył i szwy mi się ciągnęły i siedzenie było gehenną. Ale wszystko przeszło i potem było już ok. Masz super męża, który podobnie jak mój też świetnie się zajmuje małą. On na pewno rozumie, że boli Cię i dlatego tak Ci pomaga. Co do karmienia to ja tez tak miałam, że jak tylko mała zaczynała jeść z jednej piersi, to w pewnym momencie czułam jakby większy wyrzut mleka i wtedy leciało tez z drugiej piersi. Wkładki laktacyjne nosiłam do samego końca (z pierwszą córką dokładnie rok karmiłam, a drugą 9 miesięcy i 3 tygodnie). Kochana będzie dobrze PS. Ja też telefonem operowałam podczas karmienia i nie uważam tego za coś złego
avatar
U mnie krew leciała 2 miesiące. Żywa, czerwona krew. Też byłam popękana, bo Arczi urodził się z ręką przy główce, więc rodziłam głowę i rękę jednocześnie. Pierwsze miesiące - ból przy stosunku i twarda blizna. A dzisiaj mam krocze jak 18-stka i nie czuję blizny w ogóle, więc w końcu rany się goją :* Masz młody, silny organizm, przetrwaj jeszcze ten połóg i słońce wzejdzie na Twoje niebo.
avatar
Kochana ja absolutnie nie czułam kp. Robiłam to bo czułam presję że strony otoczenia. Wcale nie uwazalam że mojemu synowi będzie z tym lepiej. Ok pierwsze tygodnie się po prostu przytulal i wiedziałam że dzięki temu czuję się bezpieczny. Ale potem miałam już dość. I co? I mam niesamowitą więź z synem. Dla mnie to pić na wodę fotomontaż. Jeżeli nie czujesz się komfortowo z kp to nic na siłę. Michalina i tak będzie w Ciebie wpatrzona jak w obrazek :* trzymaj się!
avatar
Pamietasz jak pisalam o moim przedwczesnym porodzie? O dziwo doszlysmy do tego samego punktu. Tez czulam sie jakby ktos wyrwal mi ten czas, chcialam by sie on zatrzymal chocby na tydzien. Walka z zoltaczka u nas trwa do tej pory- syn ma 9 tyg. Nasze zycie kreci sie wokol badan, konsultacji, wazenia, wizyt. Czas leci, dwa miesiace- a my jak w transie czekamy na pierwszy usmiech. Poczucie winy tez jest. Ominal mnie tylko bol pologowy, choc krwawilam rowno 6 tyg,. Trzymaj sie, Michasia jeszcze "zrobi" swoje i da mnostwo radosci. Wierze w to.
avatar
Pamietasz jak pisalam o moim przedwczesnym porodzie? O dziwo doszlysmy do tego samego punktu. Tez czulam sie jakby ktos wyrwal mi ten czas, chcialam by sie on zatrzymal chocby na tydzien. Walka z zoltaczka u nas trwa do tej pory- syn ma 9 tyg. Nasze zycie kreci sie wokol badan, konsultacji, wazenia, wizyt. Czas leci, dwa miesiace- a my jak w transie czekamy na pierwszy usmiech. Poczucie winy tez jest. Ominal mnie tylko bol pologowy, choc krwawilam rowno 6 tyg,. Trzymaj sie, Michasia jeszcze "zrobi" swoje i da mnostwo radosci. Wierze w to.
Dodaj komentarz

Zastanawia mnie... Dlaczego ból musi być wpisany w kobiecość?

Zaczyna się niewinnie, bo w podstawówce Twoja miłość życia mówi Ci, że masz duży nos i grube uda. Cierpisz.

Dostajesz pierwszy okres oraz informację na klatę, że już tak co miesiąc, do menopauzy, dziesiątkami lat. I tak musi być, bo płodność. Cierpisz.

Jak nie PMS, to objawy przed - bóle pleców, pryszcze, spuchnięte cyce. Cierpisz.

Dorastasz i porównywanie się z innymi ciągle trwa. Czujesz się za mała, za duża, za gruba, za chuda. Gonisz za ideałem. Cierpisz.

Pierwszy raz. Znów krew, znów ból. Partner zadowolony a Ty uśmiechasz się w poczuciu żenady. Cierpisz.

Babskie problemy ze zdrowiem. Nam łatwiej od facetów przeziębić pęcherz. I zakazić go. Mieć problemy z tarczycą. Może jakieś niejasności w kwestii płodności. Policystyczne jajniki. Endometrioza. Ani się obejrzysz, a łykasz tablety wiadrami. Albo bierzesz zastrzyki w dupsko. I zawsze znajdzie się jakiś gnój, który powie Ci, że po co, że wystarczy zdrowa dieta. Cierpisz.

Zachodzisz w ciążę. Rzygasz, martwisz się, plamisz, mdlejesz, chuchasz i dmuchasz na siebie, odmawiasz sobie wszystkiego, co lubiłaś. Cierpisz.

Poród wywraca Ci ciało na drugą stronę. Po tym, że boli, poznajesz, że to w ogóle działa. Czasem Twój wysiłek kończy się zabiegowo. Cierpisz.

Połóg ciągnie się i zdaje nie kończyć. Krew, rana po cięciu. A jeszcze dzieckiem trzeba się zająć. Nie masz siły. Cierpisz.

Karmisz piersią. Odkąd zaczniesz, to na własne życzenie prosisz się o poszarpane sutki, zatory i zastoje, a jak nie zareagujesz w porę, to w nagrodę dostajesz 40 stopni gorączki i okropne, bolesne wyciskanie skamieniałych cycków nad wanną. Cierpisz. A czasem z Tobą cierpi dziecko, kiedy krztusi się Twoim mlekiem i wymiotuje białą fontanną.

Wszyscy naokoło wiedzą lepiej. Karm, nie karm. Daj smoka. Nie dawaj. Noś. Chowaj na zimno. Ubierz tak. Albo nie. Karmiąc w nakładkach zaburzasz dziecku odruch ssania. To nic, że Twoje dziecko krztusi się Twoim cycem nie mogąc go złapać, już dawno sięgnęłabyś po mieszankę, i nawet czasem o tym marzysz, by ktoś inny porobił za pierś, i w sumie dla Ciebie ten sylikon to żadna radość tak długo, jak musisz go wiecznie myć i wyparzać. Dla Ciebie to jedyna szansa na skuteczne karmienie własnym mlekiem, ale zawsze znajdzie się jakaś pizda, dla której to za mało książkowe. I słuchasz tych bzdur. Cierpisz.

A potem cierpisz, zanim przyjdzie powód. Bo już wiesz, że długo nie wsiądziesz na rower. Że niewiadomo, kiedy zdecydujesz się na pierwszy raz po porodzie i czy nie będzie bolał. Drżysz na myśl o okresie - jaki on będzie? Czy da Ci żyć? Czy to prawda, że z tak dużym biustem i karmiąc musisz co jakiś czas badać go, bo rak? No a przecież dochodzi lęk o dziecko. Bo kiedyś w końcu się przeziębi. Zedrze sobie kolano. Ktoś mu powie coś przykrego. I ono to musi przeżyć. A co jak Ciebie wtedy nie będzie obok?

Ach, jeszcze menopauza. Co tam się dzieje, to nawet wolisz nie myśleć. Cierpisz na samą myśl.

Stanowczo nie dziękuję Bogu, że jestem kobietą.


***

Kochane. Odzywam się. I melduję, że z moją raną po nacięciu dzieją się rzeczy niestworzone. Tak obrzydliwe, że nie chcę pisać. Za trzy godziny ogląda mnie kolejny raz, prywatnie, lekarz. Wywaliłam już fortunę na te wizyty i specyfiki. Końca koszmaru nie ma. Może jak się skończy to Wam powiem co i jak. Z adnotacją, żebyście nie jadły podczas.

A Miśka rozdupia system. Ma skończone trzy tygodnie i trzy dni. Leżąc na brzuchu jest w stanie przewrócić głowę sama na drugą stronę. Cycujemy dalej i chyba skutecznie, bo rośnie w oczach. Coraz bardziej ją znam. Wiem dokładnie, kiedy potrzebny cycek, kiedy mokra pielucha a kiedy idzie większy załadunek. Lubi, jak się do niej dużo gada. W samochodzie i w wózku zasypia na momencie. Czasem urządza maratony - ledwo zje to już nasika, rozbudza się przewinięciem i już jest głodna. I tak po kilka razy. A jak już zaśnie po takim procederze, to się martwię, czy się kiedykolwiek obudzi. Już powoli uczę się, że każda minuta jest cenna. Zdarza mi się jeść karmiąc, bo nie wiem, kiedy będę miała najbliższą okazję ku temu. Ale to wszystko naprawdę... Nie jest tak uciążliwe jak moje rozwalone krocze. A noce naprawdę bywają ok. Mamy dwie pobudki na karmienie. Przy dobrych wiatrach od razu po nich idzie spać.

Życzcie mi powodzenia na dzisiejszej wizycie...

5
komentarzy
avatar
Jesteś wspaniałą, mądrą kobietą Rybuuu. Uwielbiam Cię czytać.
Oczywiście, że życzymy Ci powodzenia na dzisiejszej wizycie. Obiecuję Ci, że ten koszmar się skończy, zagoisz się i w końcu zaczniesz prawdziwie delektować macierzyństwem.
avatar
Trzymam mocno kciuki i współczuję z tą raną, to jakaś masakra Ja uważam, że faceci też cierpią, ale tak tego nie okazują. Mój np. lekko zazdrości mi ciążowego L4 i macierzyńskiego, bo nigdy w życiu nie będzie miał tyle wolnego od pracy... Ból wpisany jest w życie, niezależnie od płci, ale trzeba każdego dnia dziękować, że życie jest, że trwa... gorsze są klęski głodowe, niepłodność, rak, wojna, bycie uchodźcą i wiele, wiele innych... resztę przetrwamy, rana się w końcu zagoi, musi się zagoić. :*
avatar
Cześć, nie wiem co za specyfiki stosujesz na ranę krocza, mi położna poleciła smarować się 3-4 razy dziennie balsamem Szostakowskiego. Byłam sceptyczna, bo śmierdzi to, a ma konsystencję żywicy, ale po kilku dniach czuję że rozchodzące szwy zaczęły się goić.
avatar
Kochana... wiem przez co przechodzisz. Ja zostałam tak zszyta, że nie byłam w stanie się wyprostować. Chodziłam zgięta jak staruszka... Dodatkowo pęcherz nie chciał się kurczyć i nie potrafiłam się wysikać. Trafiłam do szpitala. Cewnikowanie - źle wykonane. Z bólu chodziłam na czworaka popuszczając nie przez rurkę ale obok niej... Zostałam obdarta z kobiecości, intymności... A pielęgniarki szeptały dodatkowo - wiedziałyśmy że z nią będą problemy (byłam dość młodą mamę i nikt nie chciał mnie słuchać). Przez pierwszy miesiąc bałam się syna kąpać. Karmiłam tylko odciąganym mlekiem (przez rok - wstawałam w nocy co 3 godziny, aby przez kolejne pół ściągać mleko), bo syn w ogóle nie chwytał piersi - mimo kilkunastu prób z doradcami laktacyjnymi, idealnymi brodawkami i mnóstwem mleka. Teraz spoglądając wstecz myślę, że szkoda że ścigałam ideały macierzyństwa zamiast sobie nieco odpuścić (dać choćby to mleko z proszku).... przez to też wpadałam w depresję. Moja droga chcę Ci tylko napisać, że to minie! Jak zły sen, zmora ... Jeszcze będziesz cieszyć się macierzyństwem, tulić maleństwo, patrzeć jak rośnie. Przed Tobą tylko już piękne chwile - pierwsze kroki, słowa, budowanie wieży z klocków, rysunki.... Początki są trudne, ale to wyjątkowa podróż choć nie zawsze usłana różami. Jeszcze będziesz się nią cieszyć. I co lepsze - powtórzyć. Ja zdecydowałam się na drugie dzieciątko - kończę 9 tydzień. I choć wiem, że początek jest trudny to czeka na niego z niecierpliwością. Bo uśmiech dziecka wynagradza wszelkie smutki...
avatar
Kochana... wiem przez co przechodzisz. Ja zostałam tak zszyta, że nie byłam w stanie się wyprostować. Chodziłam zgięta jak staruszka... Dodatkowo pęcherz nie chciał się kurczyć i nie potrafiłam się wysikać. Trafiłam do szpitala. Cewnikowanie - źle wykonane. Z bólu chodziłam na czworaka popuszczając nie przez rurkę ale obok niej... Zostałam obdarta z kobiecości, intymności... A pielęgniarki szeptały dodatkowo - wiedziałyśmy że z nią będą problemy (byłam dość młodą mamę i nikt nie chciał mnie słuchać). Przez pierwszy miesiąc bałam się syna kąpać. Karmiłam tylko odciąganym mlekiem (przez rok - wstawałam w nocy co 3 godziny, aby przez kolejne pół ściągać mleko), bo syn w ogóle nie chwytał piersi - mimo kilkunastu prób z doradcami laktacyjnymi, idealnymi brodawkami i mnóstwem mleka. Teraz spoglądając wstecz myślę, że szkoda że ścigałam ideały macierzyństwa zamiast sobie nieco odpuścić (dać choćby to mleko z proszku).... przez to też wpadałam w depresję. Moja droga chcę Ci tylko napisać, że to minie! Jak zły sen, zmora ... Jeszcze będziesz cieszyć się macierzyństwem, tulić maleństwo, patrzeć jak rośnie. Przed Tobą tylko już piękne chwile - pierwsze kroki, słowa, budowanie wieży z klocków, rysunki.... Początki są trudne, ale to wyjątkowa podróż choć nie zawsze usłana różami. Jeszcze będziesz się nią cieszyć. I co lepsze - powtórzyć. Ja zdecydowałam się na drugie dzieciątko - kończę 9 tydzień. I choć wiem, że początek jest trudny to czeka na niego z niecierpliwością. Bo uśmiech dziecka wynagradza wszelkie smutki...
Dodaj komentarz

Myślałam, że doszłam do ładu z cyckami. Myliłam się.

Zaliczyłam chyba pierwszy kryzys laktacyjny, o ile ja go nie mam bez przerwy. Cycki mam przepełnione. Non stop. Może nie tak, jak na początku i to już któryś dzień bez laktatora, czyli bez dodatkowej stymulacji, ale zapełniają się szybko. Oczywiście cały świat matek karmiących z Hafiją na czele mówi, żeby w takiej chwili przystawiać jak najczęściej. Niestety - przystawię o jeden raz za dużo i piękny chlust mleka ląduje na dywanie. Nie mówiąc o kupach... We wskaźnikach skutecznego karmienia jest mowa bodajże o 3-4 kupkach na dzień. Haha. Tyle to moja córa po takiej sesji 'przystawiaj często!' jest w stanie zrobić w jedne czwartej dnia, jedną po drugiej, jedzie rykoszetem. Starałam się więc pilnować, żeby się nie 'ochlewała' i nie wiem, czy nie pilnowałam za dużo. Byliśmy wczoraj u pediatry. Przyrost od ostatniego ważenia - 320g w 15 dni, czyli jakieś 21 z haczykiem na dzień. No jesteśmy w dole normy. Od razu - wujek Google. Hafija straszy tabelką o nakładkach, że wydajność cycka spada w niej prawie o 60% z racji na nieefektywne ssanie. Od razu spróbowałam córeczkę przystawić bez protezy, bo przecież wszystko wskazuje na to, ze okazałam sie wygodnicka z tymi nakładkami i mam za swoje - głodzę dziecko . No i cóż... Fiasko. Nie może złapać, pluje, niecierpliwi się. Pierwszy raz się nad nią spłakałam z powodów cyckowych a kolejny raz nad tym, jakie to moje ciało jest na maksa spierdolone. A teraz kolejny gwóźdź do trumny - w jednej piersi, miękkiej i teoretycznie opróżnionej, mam ostry ból przy dotykaniu, co by wskazywało na zastój. Drugi cycek już się napełnia po brzegi i jak go ominę, to on zacznie boleć. Musiałabym karmić bliźniaki, żeby mi ulżyło. Leżę więc i zamiast się regenerować (kolejna cudna rada, 'śpij gdy dziecko śpi!') to obmyślam, jak ja mam w końcu do cholery nakarmić jak się już obudzi i do którego lekarza jechać, jak z zastoju zrobi mi się ropień, bo tu każda godzina jest istotna. Daję słowo, że nigdy w życiu nie miałam ochoty tak bardzo strzelić sobie w łeb jak teraz.

Myślę o MM coraz częściej. A im częściej myślę, tym większe poczucie winy. Wiecie... Ja nie mogę na siebie spuścić zasłony 'nie mam pokarmu' (i nie, żebym kogokolwiek z takim problemem uznawała za kogoś, kto robi to celowo, z premedytacją i uśmiechem na twarzy). Ja tego pokarmu mam po kokardkę. I miałabym się go wyrzec? Kiedy inne nie mają? Mam to odebrać Michalinie? W imię czego? Mojego spokoju? Ach, spokój... Przecież ja dobrze wiem, że jeżeli się poddam, to będę żałowała do końca życia. I każde jej przeziębienie będę traktować jako karę za nieprzekazanie przeciwciał. A z drugiej strony jestem już tak cholernie psychicznie wymęczona... Ile taka dwudziestopięciolatka może wziąć na klatę? Trzy indukcje, straszenie czwartą, ciężki, długi poród zakończony kleszczowo, płaskie suty, przetaczanie krwi, domięśniowe zastrzyki z żelaza, dojenie się laktatorem dzień i noc, bolesne, paprzące się nacięcie, łyżeczkowanie macicy, żółtaczka dziecka... I teraz jeszcze te niewycyrklowane cycki. Ja nie mogę. Mało tego, próbowałam dziś sama małą przystawić na siedząco. Brakowało mi trzeciej ręki. Bo nakładkę idzie założyć tylko dwoma dłońmi. A dziecko kto mi przytrzyma? W miejscu publicznym nie dałabym rady, chyba, że poprosiłabym kogoś obcego o pomoc. Nie wyobrażam sobie tego i jestem spocona na samą myśl. I sorry, dziewczyny, ale nie przekonują mnie argumenty 'pomęcz się z pół roku i będzie fajnie'. Mam już dość bycia zmęczoną, bo im dalej w las, tym bardziej mam ochotę zdechnąć gdzieś w ciemnym kącie. Nie wytrzymam chyba więcej.

Przykro mi, że Wam to wszystko opisuję. Jeżeli czyta mnie teraz jakaś oczekująca ciężarna to pewnie włos jej się jeży na głowie. Ale wiecie co? Ja serio myślałam, że przeczytałam już wszystko. Każdy najbardziej hardkorowy opis porodu w promieniu pierwszych dwudziestu stron googla zaliczyłam. Ale nie zaliczyłam ani jednej historii połogu... Tak jakby ludzkość specjalnie wymazywała to z kart codzienności. A tymczasem to tu rozgrywają się największe kobiecie dramaty. Czytam też Wasze historie w komentarzach i czuję się, jakbym wchodziła do jakiegoś tajemniczego kręgu, bo doskonale Was rozumiem. Uważam, że o tym się wciąż mówi za mało. Powiedzenie 'początki będą trudne' to jakby powiedzieć o terrorystach, że są niewychowani i niegrzeczni. Moje początki nie są nawet w jednej dziesiątej tak chore, jak myślałam, że mogą być. No ale kto mnie miał na to przygotować? Nie znam osobiście nikogo, kto przeszedłby tyle co ja. Moja siostra parę godzin po porodzie naturalnym latała po oddziale. Moja mama urodziła mnie, również z wagą 4100, ale przez CC. Obie mówią mi, że 'też przeżyły to, co ja'. Gówno. Nie przeżyły. I cały czas nie mogą się nadziwić, że leci czwarty tydzień a ja nie wychodzę prawie w ogóle z pokoju. A ja nie mam jak. Bo albo karmię, albo naświetlam krocze lampą sollux (tak...), albo leczę cycki albo jem to, co przyniesie mi mąż, albo się podmywam, albo, jak się uda, to śpię.

Tak więc dalej przedzieram się przez krzaki... Może kiedyś ujrzę znowu ślady prawdziwego życia.

A może teraz jest tak prawdziwe, że bardziej być nie może?

11
komentarzy
avatar
Też mam płaskie suty (choć piersiami natura obdarzyła mnie ogromnymi), a Młoda dodatkowo miała płaskie wędzidełko, więc przeszkody anatomiczne do karmienia bez nakładek były po obu stronach. Póki przyrost wagi jest w normie, skup się na tym, że jest w normie, nie patrz na dolne czy górne granice. Spokojnie, nie trzeba czekać pół roku. Po 6 tygodniach laktacja się unormuje (i nie tylko laktacja. A na razie może odciągaj laktatorem i przechowuj mleko na okoliczność zostawienia dziecka z babcią na godzinę- dwie? Taka chwila też w końcu nadejdzie Trzymaj się, ja też wkrótce dołączę do grona położnic w połogu
avatar
No co ja mogę napisać, no jesteś totalnie przeorana a końca nie widać. I fakt, cierpi się tu i teraz i coś z tym trzeba zrobić, bo ile można. Kp vs mm to bez kitu walka z wiatrakami. Tak źle i tak niedobrze. Jeżeli to jakoś psychicznie ogarniesz, a to byłby mega wyczyn, to będziesz z siebie dumna, że dałaś radę ale konsekwencje zmuszenia się mogą się dłuuugo za Tobą ciągnąć. Z kolei jak przejdziesz na mm, co wcale by grzechem nie było, to jedna część Ciebie będzie żałować, wiem o tym. I może się z tym pogodzisz, ale i tak będzie to czasem wracać. Rybko, zrób co uważasz i wyłącz myślenie. W dupie miej opinie innych, nikt nie przeżýł tego co Ty więc nikt nie może oceniać.
avatar
hmm ja tam jestem zielona w tych sprawach, to wszystko mnie dopiero czeka:/ i faktycznie trochę mi się jeży włos na głowie jak czytam o Twoich "przebojach":/ ale wierzę że dasz radę, bo jak nie Ty to kto??? i tak sobie wymyśliłam, a może odciąganie mleka laktatorem i podawanie młodej w butelce? Przynajmniej masz kontrole nad ilością mleka i nie męczysz się z nakładkami
avatar
Tylko to odciąganie, by za chwilę podać w butelce też trochę musi potrwać. Próbowałam, jednak łatwiej jest naturalnie
avatar
Jak mnie drażnią teksty, że ktoś przeżył to co Ty. Wrrrrrr. Nie przeżył, każdy i fizycznie i psychicznie daną sytuację w życiu przeżywa i odczuwa inaczej. Każdy przypadek, każda kobiet i organizm są inne. A najgorsze, że takie teksty słyszy kobieta od kobiety.
Zdecydowanie. Za mało mówi się o tych mniej przyjemnych stronach ciąży, porodu i połogu. Wzsystko jest takie kolorowe, pachnące i przyjemne. A jak wreszcie przekonujesz się na własnej skórze, okazuje się, że jest ohydnie, boli i jeszcze częśto brakuje wsparcie od najbliższych, tylko teksty: ja też tak miałam, albo i gorzej, bla, bla, bla. Nie będę Cię pocieszać, bo cierpienie i pozbieranie się po nim to indywidualna sprawa. Po prostu siły życzę i swiatełka w tunelu. No i duuuuużo wsparcia od męża. Trzymaj się.
avatar
Jeśli jesteś w kropce i myślisz o mm, to może inne rozwiązanie: ściągać swój pokarm i karmić nim małą z butelki zamiast z piersi? Nadmiary sobie zamrozisz. Może przyniesie Ci to ulgę u mam nadzieję, że nikt mnie nie zbeszta, że proponuję Ci coś innego niż czyste kp ale trzeba też trochę pomyśleć o sobie w tak trudnej sytuacji...
avatar
Dziewczyny - to, o czym piszecie to KPI, czyli karmienie piersią inaczej. Miałam tego zajawke w szpitalu - inaczej w ogóle byśmy nie wystartowali z laktacją. Ale nic w tym fajnego. W zasadzie to najbardziej upierdliwa metoda karmienia, bo łączy dlugotrwale odsysanie (niektóre matki karmiące w ten sposób spędzają przy laktatorze nawet 8h dziennie) z wyparzaniem i myciem butelek. Do tego ogromny brak zrozumienia wśród społeczeństwa. Brałam juz to pod uwagę, ale potem poznałam te kobiety na tajnej grupie na fejsie i jak zobaczyłam foto kobitki na wakacjach nad morzem, ktora leży pod ręcznikiem a obok pompuje laktator na baterie to zrozumiałam, ze jak cycek, to tylko kp.
avatar
Jakbym czytała siebie. Mój pierwszy poród mnie przeoral i połóg był koszmarem. Bolaly cycki bolalo krocze mialam szyte krocze i peknieta pochwe i szyta i krwiaka bo mala za szybko sie pchala.... a cycki... to osobna historia . wylam codziennie z bezsilności a dzieckiem zajmowała się siostra i maz. I miałam wielki bunt do świata DLACZEGO NIKT MNIE NIE UPRZEDZIL?!? A na teksty "każda kobieta to przeżywa..." reagowalam agresja. skoro tak to czemu i tym sie nie mowi???

I nie omieszkalam uprzedzić sióstr koleżanek znajomych i nieznajomych ze tak to wygląda. Opisałam to też tu na Belly.
I po co? Nie wiem. Po co straszyc jak naprawdę nie każda tak ma. Większość rodzi idzie pod prysznic a potem po kawę. I tyle.

Jestem po drugim porodzie. Tym razem cc. Za drugim razem jest o niebo łatwiej. Smigalam jak syrenka po tygodniu. Czemu? Ciało inne? Nie. Po prostu wiedziałam sama już jak sobie pomóc od razu nie czekając na katastrofę.
Pozdrawiam cię. Trzymaj się mocno!
avatar
Jakbym czytała siebie. Mój pierwszy poród mnie przeoral i połóg był koszmarem. Bolaly cycki bolalo krocze mialam szyte krocze i peknieta pochwe i szyta i krwiaka bo mala za szybko sie pchala.... a cycki... to osobna historia . wylam codziennie z bezsilności a dzieckiem zajmowała się siostra i maz. I miałam wielki bunt do świata DLACZEGO NIKT MNIE NIE UPRZEDZIL?!? A na teksty "każda kobieta to przeżywa..." reagowalam agresja. skoro tak to czemu i tym sie nie mowi???

I nie omieszkalam uprzedzić sióstr koleżanek znajomych i nieznajomych ze tak to wygląda. Opisałam to też tu na Belly.
I po co? Nie wiem. Po co straszyc jak naprawdę nie każda tak ma. Większość rodzi idzie pod prysznic a potem po kawę. I tyle.

Jestem po drugim porodzie. Tym razem cc. Za drugim razem jest o niebo łatwiej. Smigalam jak syrenka po tygodniu. Czemu? Ciało inne? Nie. Po prostu wiedziałam sama już jak sobie pomóc od razu nie czekając na katastrofę.
Pozdrawiam cię. Trzymaj się mocno!
avatar
Nie jesteś sama.
https://mataja.pl/2017/07/dlaczego-ignorujemy-to-co-najwazniejsze-w-dyskusji-o-wracaniu-do-formy-po-porodzie/
Wraz z dzieckiem rodzi się matka. Trzymaj się!
avatar
Rybuu...bardzo Ci współczuję, ja po cc doszłam do siebie w mig. Miałam inną sytuację bo dzieciaki leżały w szpitalu i mleko odciągałam i zawozilam. Po powrocie do domu sielanka się skończyła. Nie mialam dostatecznie czasu na laktator, karmienie obydwojga, a ssać z piersi nie chciały. Po 4 miesiącach moja walka się zakończyła, ja się wyczerpalam. Przeszlam na mm chociaż wiem, że gdybym chiala i się zaparla dalej mleko bym miala. Ale nie dalam po prostu rady fizycznie. Na początku mialam zal do siebie ale później przetlumaczylam sobie, ze w tym wdzystkim również ważna jestem ja. Karm tyle ile wytrzymasz ale pamiętaj o sobie i swoim samopoczuciu i psychicznym i fizycznym. Trzymaj się!
Dodaj komentarz

Misia skończyła dziś cztery tygodnie. I nastąpił chyba jakiś przełom.

Wczoraj udało mi się zwalczyć ból dziwnego pochodzenia w cycku.
Po pierwsze - ibuprofen. Najlepszy chyba przeciwból bez recepty przy karmieniu, bo działa też przeciwzapalnie.
Po drugie - kurwa, stało się, i moje uczucie godności sięgnęło podłogi. Kapusta. Poprosiłam starego, żeby mi obtłukł nieco liścia tłuczkiem, a on mi go... posiekał. I z taką śmierdząca kiszonką w staniku chodziłam po domu. Trzeba jednak przyznać, że doznałam wtedy jednego z przebłysków powrotu do siebie - uruchomiłam sarkazm i stwierdziłam, że przed obiadem wysypię zawartość miseczki i surówka jak znalazł.
Po trzecie - ciepły prysznic i laktator. Najpierw poluzowałam ciepełkiem, a potem rrryn - odpaliłam swinga na maksymalnym ssaniu i nie wiem, czy coś odetkałam, ale jeśli tak... To warto było.
I po czwarte - cycowałam sporo z Misią. To tak też w temacie jej przyrostów wagi i mojej nowej strategii. O dziwo - pomimo zwiększonej liczby karmień nie chlusta jak dzika mlekiem, kupy też jej się ustabilizowały jak w podręcznikowych wskaźnikach. Kurna bele, może coś z nas będzie?
No ale najlepsze w tym to, że następnego dnia rano po uczuciu jeżozwierza tulącego się do sutka nie ma już śladu.

Odszedł ten jeden ból, dziecko mi się uspokoiło, dałam nawet radę częściej do niej wstawać i zauważyłam, że... idzie ku lepszemu.

Siadam. Twarz wykrzywia mi spazm, ale coraz mniejszy. Fakt faktem, że po spacerze z małą potrzebuję balkonika, ale jak sobie przypomnę, że w szpitalu leżąc nie byłam w stanie podnieść miednicy do góry, to progres jest.
Rana goi się. Fakt, że długo. Ale po 'rynnie' po rozejściu nie ma już śladu. W zasadzie na zewnątrz jest już ok, jest powoli zmniejszające się zgrubienie. Najbardziej przeraża mnie sytuacja w środku, bo tam nie mam żadnej kontroli. Teoretycznie powinny ze mnie wypadać nitki. Nasłuchałam się o zakażeniach od nierozpuszczonych szwów i robię w majtki. W ogóle może powiem Wam w końcu, czemu się boję... Jak chciałyście jeść, to nie jedzcie.
Ledwo zorientowałam się z rozejściem rany, zaleczyłam to i nagle pojawił się pęcherzyk. Myślałam, że sobie otarłam. Po czym... Ekhem. Z rany zaczęły mi wychodzić szwy rozpuszczalne z głębszych warstw skóry. Powaga. Pojechałam do jednego gina. Zaczął mi tą zmianę... wyciskać (sorry). Dał mi maść rozgrzewającą i kazał to kuźwa powtarzać. Dałam radę trzy dni po czym psychicznie pękłam. Kolejny ginekolog, tym razem jednocześnie specjalista od ran i chirurg. Potwierdził teorię, która sama wysnułam - pęcherzyk był reakcją na szwy rozpuszczalne i prawdopodobnie w tym miejscu mam pętelkę pod skórą. Ale że w porę zareagowałam to zmiana oczyszczona i będzie tylko lepiej. Zajrzał mi też do środka. Pytałam go chyba dziesięć razy, czy nie ma się na stan zapalny i czy nie powinien mi tam czegoś wyciągnąć, bo ja lusterkiem nie widzę i sram w gacie. Zapewnił, że nie, a szwy w pochwie przyciął tylko.
Generalnie, suma sumarum, wydałam chyba 500zl na wszystkie wizyty, zużyłam butlę riwanolu, półtora opakowania tantum rosa, robiłam okłady, miesiąc chodziłam bez gaci, a teraz jedyne co robię, to naświetlam się dwa razy dziennie do pół godziny lampą sollux (daje mega ulgę i pomaga rozpuszczać szwy - mam taką nadzieję) i psikam dexapolcortem (co prawda antybiotyk, ale użyty miejscowo na skórze i w e-lactancia L3... więc ryzykuję). Planuję jeszcze jakieś globulki przyspieszające gojenie, bo coś nie ufam w to, że bez mojej ingerencji te szwy nie zrobią mi krzywdy.
Tak czy siak, wiem, że brzmi jak hardkor... Ale serio jest już lepiej.
W temacie laktacji dalej mam mieszane uczucia i nienawidzę smrodu mojego mleka łapanego w tetrę, ale trzeba przyznać, że nie mam już cyców jak Pamela i mleko nie leje mi się bez przerwy po ciele. Jest... Lepiej.
Zdarza mi się śmiać. I wrócił mi apetyt.
Nie wiem, jakim cudem, ale daliśmy radę ze starym być na bieżąco z Grą o Tron, czego się nie spodziewałam.
Nie wiem, ile ważę, ale nie wyglądam tak źle. Poza tym, że może nienajjędrniej w życiu, po spacerze mam mikro spięcia w nogach i pewnie długo jeszcze nie będę mogła nic z tym zrobić, bo już w szpitalu fizjoterapeuta powiedział mi, że po moim porodzie mogę zapomnieć na parę miesięcy o treningu wysiłkowym (za którym tęsknię w chuj... przepraszam za wulgaryzm, ale tak właśnie tęsknię - w chuj). No ale... Zobaczymy.

Moje jedyne zmartwienia na dziś - zaleczenie rany do końca, czy nie wymagam waginoplastyka, czy nie wypada mi wszystko dołem (błagam, napiszcie, że też tak miałyście w połogu) i jak to w końcu z tym seksem... Boję się tego jak nie wiem i jednocześnie strasznie za tym tęsknię. Patrzę na starego i chcica mnie bierze jak nigdy. Jak to będzie bolało to się chyba potnę, naprawdę.

A mała... Mała rozwala. Wszyscy się nią zachwycają. Wszyscy! Piguły w przychodni na badaniu były rozwalone jej spokojem i tym, z jakim zaciekawieniem ogląda świat. Do tego oczywiście stęki i achy nad jej włoskami i rzęskami. Dostałam też okejkę za generalny stan zadbania i fakt - z tego jestem dumna bardzo, bo jej higieny i pielęgnacji pilnuję mocno.

Jej siła zachwyca każdego. Dzisiaj tak długo trzymała głowę leżąc na brzuchu, że nie mogłam uwierzyć. Do tego podnosi też nogi. Ja pierdziele, supermanka!

To co... Wychodzę z bagna?

A tu Misia z wczoraj:
https://image.ibb.co/dvjze5/2017_26_8_19_38_36.png

6
komentarzy
avatar
No widzisz, połóg kiedyś w końcu mija co do rany i seksu po niej, też się bałam, co będzie, a okazuje się - że niepotrzebnie. Pierwsze stosunki trochę bolały, więc były delikatne i nie do końca, blizna była gruba. Teraz blizny nie czuję, nawet trudno ją dostrzec, pochwa się zmniejszyła, normalnie wyglądam i czuję się jak 18-stka tam na dole Więc mówię Ci, będzie super, potrzeba tylko czasu
avatar
Ja się tylko wypowiem co do karmienia że jeszcze tydzień, max 2 tygodnie i będzie już z górki
avatar
Ja się tylko wypowiem co do karmienia że jeszcze tydzień, max 2 tygodnie i będzie już z górki
avatar
Masakra jak tak czytam o tej Twojej ranie. Faktycznie hardcore. Ważne że już coraz lepiej i fizycznie Ale przede wszystkim psychicznie. Ten wpis nie jest już tak bardzo nacechowany negatywnymi emocjami. Już widać że wychodzisz powolutku z tej czarnej dupy. Teraz będzie już tylko lepiej A ja dalej nie obejrzałam ostatniego odcinka GoT! Muszę to zrobić dzisiaj bp jutro kolejny nie wiem jak to się stało xD
avatar
PS: A Miśka jest cudowna <3 <3 <3
avatar
No i widzisz... małymi kroczkami wychodzisz na prostą Teraz będzie już tylko lepiej
Co do szwów, to mi dwaj lekarze mówili, że te rozpuszczalne mogą się rozpuszczać nawet do pół roku, więc ze spokojem. Kroczę polecam płukać nadmanganianem potasu (dosłownie kilka kryształków na raz rozpuścić w wodzie) lub wywarem z kory dębu, która działa łagodząco i przyspiesza gojenie.
U mnie na dole po drugim porodzie mam obniżoną tylną ściankę macicy, ale gin mi powiedziała, że jeśli nie czuję bólu, nic się z tym nie dzieje, to ona by nic z tym nie robiła, tylko ćwiczyła zaciskanie mięśni Kegla. Mnie to nie boli, a jedynie denerwuje mnie to, że to widać niestety na zewnątrz. Ale muszę stwierdzić, że seks po drugiej ciąży lepszy i doznania też Także nie musisz się bać.Na pewno ten "pierwszy raz" po porodzie będzie w stresie, ale dasz radę
Dodaj komentarz

Michał poszedł z małą na spacer a ja zostałam sama.
Nie musząc nic.
Nagle jakby spadło na mnie kowadło. Spowolniła maszyna. Już nie gonię - cycek, jedzenie, toaleta, naświetlanie, pielucha, przytulanki.
Czas się dla mnie zatrzymał.
I atakują mnie migawki ze szpitala.
Czuję w sobie kleszcze. Igły strzykawek. Widzę wzmożony odruch moro małej z przebodźcowania. Słyszę jak Misia krztusi się moim sutkiem. Jak moja doktor pyta durno 'Co się stało?', a ja jej nawet nie widzę, bo moje łzy są wszędzie.

Zamiast odpoczywać gibię się jak w chorobie sierocej.

3
komentarzy
avatar
Wreszcie masz czas odreagować. Było hardcorowo, trzeba to z siebie wyrzucić, aby serce się zagoiło :-*
avatar
Wiem że może nie zabrzmi to jak pocieszenie ale: to minie. Będzie tylko lepiej. Ja też swego czasu byłam w czarnej dupie i nie widziałam światełka w tunelu. Czas leci szybciej niżby się mogło wydawać. Tulę mocno :*
avatar
Musisz coś z tym zrobić. I chyba nie sama.
Potrzebny Ci psycholog. Inaczej zawsze już będziesz to widziała. Zastanów się nad tym.
Leczysz swoje ciało po chujowym porodzie i musisz zacząć leczyć duszę. Ona ważniejsza jest nawet od pipki.
Kurde niesprawiedliwe to jest,że są takie różnice w tych porodach. W tym połogu. Ale cóż,nie zmienimy tego.
Marsz do jakiegoś psychologa. A jak nie to wezmę jakieś dobre łiski i wódkę i przyjadę.
Młode dostaną mm a my się spijemy jak ta lala :-*
Dodaj komentarz

29 sierpnia. A to znaczy, że minął kalendarzowy miesiąc odkąd Miśka pojawiła się na świecie.

Macie rację. Potrzebuję terapii. Ale... jeszcze nie teraz? Serio, jeszcze nigdy nie miałam w głowie takiego bałaganu. Mam problem z przeszłością (szpital), teraźniejszością (karmienie) i przyszłością (mieszkanie, praca, żłobek, seksualność, aktywność fizyczna... ah...). Wiem, że po Bożemu byłoby uporać się z problemami, od razu, przejść 'żałobę' i się oczyścić, ale muszę rozwiązywać je po kolei. Teraz póki co największy priorytet ma moje dziecko. Potem gojące się krocze. A potem się zobaczy.

Sukces jest taki, że właśnie piszę do Was z fotela. Siedzę. Mam na sobie bieliznę. I koszulę. I leginsy. Także względnie jestem ogarnięta. Marzy mi się jeszcze kiedyś umalować - póki co wszystkie moje kosmetyki leżą gdzieś na dnie szafy, bo A.) zawadzały, B.) moje zrobienie się na bóstwo polega teraz głównie na zaczesaniu kołtunów do góry i użyciu dezodorantu.

Mój mąż poraz pierwszy dziś pojechał do biura (dotychczas pracował zdalnie) więc jesteśmy względnie same, bo jest też moja mama. Nie zdziwię Was, kiedy powiem, że dalej zdarza mi się słuchać głupich tekstów. Usłyszałam już słynne 'nie noś, bo przyzwyczaisz' (a to mój tata akurat), 'czy jej nie jest zimno?' (przy upale 30 stopni) oraz 'a może daj herbatki koperkowej?'. Ale i tak otrzymuję od rodziny mnóstwo pomocy. Tzn. tyle, na ile im pozwalam. Bo ja z natury jestem zosia-samosia. Dzisiaj na przykład byłyśmy we trzy na spacerze. Mama donosi mi też jedzenie i mi dogadza (nawet za bardzo...).A ja jestem mamą na pełen etat. Dopiero teraz, po sześciu godzinach, dziecko mi padło, a w międzyczasie zaliczyłyśmy: kilka cycków, jeden bełt (bo ją źle rozczytałam i myślałam, że jeszcze chce), niezliczoną ilość pampersów z sikami/kleksami/kupami lub kombinacją, mnóstwo lulania i dwie zmiany bodziaków. Ale niech Was nie zdziwi taka aktywność - Misia jest przekochanym dzieciaczkiem. Jak już sygnalizuje potrzeby, to robi to w tak rozwalający sposób, że nie mogę. To nie jest jakiś długi, przeciągły krzyk, ale takie... marudzenie. Coś w stylu: 'No żesz ja pier..., czy ktoś mógłby mnie przebrać? Sorry, no... Ale już nie mogę!'. Dokładnie tak brzmią jej 'Eeee...'. Serio. Podchodzę wtedy do niej, mówię, co teraz będziemy robić, załatwiam temat i w podzięce dostaję jej ciekawe, bystre spojrzenie. A potem dalej obserwuję, czy aby nie ładuje pięści do buźki i szykuję nakładki, zanim późna oznaka głodu w postaci płaczu zdąży się uruchomić.

Lubię się nią zajmować, chociaż prawie w ogóle nie śpię i nigdzie nie mogę się ruszyć. Trochę też daje mi to wentyl ucieczki od złych wspomnień. Tak długo, jak jestem na chodzie, to jestem w stanie się uśmiechać. W zasadzie cycowanie, którego samego w sobie dalej nie lubię, zmieniło się trochę w mój... projekt. To w dalszym ciągu trwa i raczej trwać będzie, ale na tapet bierzemy to, żeby kiedyś zejść z kapturków. Próbuję czasem ją przystawić do gołej piersi, ale nic z tych rzeczy. Intuicja podpowiada mi, że jej buzia po prostu musi po prostu stać się wystarczająco duża, aby mnie uchwycić, bo póki co, z tego, co widzę, to problemy mam dwa. Raz, że brodawkę mam naprawdę dużą i nawet po przystawieniu małej z nakładką sporo jej jeszcze widać, a dwa, że skubany Pan sutek jest po prostu płaski. Nieco się już wyciągnął, ale to dalej nie jest tak, jak w 'idealnym zassaniu', gdzie powinien sięgać prawie że do miękkiego podniebienia dziecka, bo on ją ledwo smyra po dziąsłach. Temat przewertowałam wzdłuż i wszerz. Oczywiście w polskim internecie nie ma co szukać, można co najwyżej poczytać post Hafijii o nakładkach, że są złe i niedobre (jako pierwszą 'wadę' w tabelce podaje, uwaga, 'poczucie porażki laktacyjnej'... dzięki, Hafijo), za to historii anglojęzycznych identycznych jak moja jest multum. Daje mi to nadzieję. Niektóre babki zeszły z kapturków nawet po pół roku. I tak, jak u mnie, były jedynym sposobem na przystawienie malucha. Wierzę, że i my kiedyś bez stresu pojedziemy do znajomych i będę mogła bez żenady po prostu zatknąć małej goły cyc. 'Walka' o to póki co absorbuje mnie najbardziej i pozwala czymś zająć łeb.


O matko, nie... Budzi się?! A jeszcze miałam tyle rzeczy w internetach obczaić...

5
komentarzy
avatar
Poczytaj Hafiję mówili, ona pomoże mówili. A gówno tam. Jak słyszę Hafija, to mnie cholera bierze :/ Z tą obwódką to faktycznie jest tak, że Dzieć ma uchwycić jej jak największą część, ale ale! Jak brodawka jest wielkości małego talerza, to wiadomka że nie wlezie, bo Dziecko się cycem zakrztusi, no Kapturkuj dalej, niedługo karmienie przestanie być problemem, unormuje się. Grażyna też dojdzie do siebie. A żłobkiem to Ty sobie dupy nie zawracaj, Misia ma dopiero miesiąc! I w związku z tym, stóweczka dla niej!
avatar
Muszę sobie zawracać dupkę żłobkiem, bo moje kumpele z miasta zapisywały w dniu narodzin, a czekanie na miejsce półtora roku. Także już jestem w plecy.
avatar
Jak karmiłam przez kapturki 3 miesiące i spokojnie mogłoby to jeszcze trwać, gdyby nie to, że wcześniej wprowadziłam butelkę ;-) I Mała sama podziękowała za kapturki i za pierś ;-) Nic się nie wyciągnęło. Teraz kapturki były podstawowym wyposażeniem wyprawki. Wystarczy poczytać komentarze pod słynnym wpisem Hafiji, by wiedzieć, że nie ma co tak demonizować tych nakładek.
avatar
Tez uzywalam kapturki bo bez nich corka nie mogla nic wyssac. Po trzech miesiacach po prostu dorosla do jedzenia bez kapturka. Karmie juz 15 miesiecy i nie zamierzam przestac
avatar
Tez uzywalam kapturki bo bez nich corka nie mogla nic wyssac. Po trzech miesiacach po prostu dorosla do jedzenia bez kapturka. Karmie juz 15 miesiecy i nie zamierzam przestac
Dodaj komentarz

Mój pierwszy maluszkowy kryzys.

Dokładnie godzinę po zapisaniu poprzedniego wpisu z Michalinką zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Kupki w pieluszkach zaczęły być zielonkawe. Ja mam schiz, że ma podwyższoną temperaturę. Większość dnia nie jest zaciekawionym światem niemowlakiem, tylko pręży się, dusi gazy albo marudzi. Oczywiście wszyscy mówią, że coś zjadłam, a ja, o ile średnio w to wierzę, już zrezygnowałam z nabiału i jabłek. Staram się małą przystawiać co trzy godziny, ale pomimo, że to robię, to ona ssie maks 15 minut. I jak to mama z cycem - nie mam pewności, czy się najada. Z kolei próba zaproponowania dokladki pomiędzy karmieniami kończy się rzygiem.
W dodatku miewa epizody naprawdę długiego, ciężkiego do przerwania snu, tuż po maratonach marudzenia. Tak jakby była wymęczona...

Nie wiem, gdzie popełniam błąd. Mąż twierdzi, że przesadzam i że mała jest ok. Może pójdę dziś do lekarza?

Mam bardzo dziwne przeczucie, że ja tą bidulkę głodzę. Że robię na niej jakieś eksperymenty z tymi kapturkami. No i te próby - taka pozycja, śmaka, czekanie na jej kwik albo proponowanie na śpiocha, odciąganie 10ml mleka przed, nieodciąganie i tak dalej. Miałam wczoraj okazję pójść do pediatry, ale tego nie zrobiłam...Chyba boję się, że ktoś nas źle zdiagnozuje. I, uwaga, zaleci mieszankę.

Jestem po stokroć chora. Momentami śnię o mleku modyfikowanym, mam wręcz perwersyjne marzenia, jak cała rodzina karmi moje dziecko, a ja w tym czasie nakladam makijaż. Dalej nie lubię karmić, a mimo to, na myśl, że miałabym jej odebrać coś, co jej się po ludzku zwyczajnie należy, kołek staje mi w gardle. No ale z drugiej strony może się okazać, że daję jej jakiś syf, od którego ma kwaśne kupy z pasemkami śluzu.

Zaliczam etap, który przechodzi każda z nas.
Czuję się najgorszą matką świata.


Edit.

No zesz ja nie mogę!
Humor grobowy, już chcę iść jak na ścięcie do lekarza, a mała właśnie leży na macie, fika kopytami, wesoło głuży wpatrzona w MR-a B i nie wygląda na chorą z wycieńczenia.

Ja pierdziele, macierzyństwo to nieustanny roller coaster...

11
komentarzy
avatar
To co jesz nie ma wpływu na Twój pokarm! Pokarm tworzy się z krwi a nie z zawartości Twojego żołądka jedz na zdrowie a Miśka jak moczy pieluszki i przybiera ma wadze to jej nie głodzisz buziaki od nas :*
avatar
Dopóki w kupkach nie ma śluzu, to jest ok. A może ma teraz pierwszy skok rozwojowy, w końcu to 5 tydzień życia, prawda?
avatar
Prawda, piąty tydzień. Znam tą teorię o pokarmie krwi, sama byłam jej ogromną orędowniczką, ale jednocześnie czytam historie o tym, jak kobitki coś odstawiły i przeszły kolki. Sama Hafija, której szczerze teraz nie dzierżę, ma u siebie wzmianki o tym, i nie ściemniam, że kolor i smak potraw ma wpływ na kolor kupy (zwłaszcza zielenizny) i smak mleka. No to jak? Te aromaty też idą przez krew? Ja tam tego nie ogarniam. Sama zresztą w swoim leksykonie kupy na blogu ma takie zdjęcia jak "kupa po tym, jak mama zjadła kilo jogurtu" - po co taka adnotacja skoro sama nie wierzy w powiazanie?
avatar
Racja Rybu, tzn. ja też do końca nie wierzę w tę teorię, że nic co jesz, nie przechodzi do dziecka... nie wierzę, bo to niezgodne z prawami biologii. Tak samo, jak w necie niby piszą, że czekolada nie wywołuje pryszczy - a ja całe życie dostaję pryszczy po zjedzeniu większej ilości czekolady.
avatar
Niektóre mamy mówią, że można jeść wszystko, bo "Mleko robi się z krwi, a nie z treści jelitowej." To prawda, ale... z czego robi się krew?? Z tego, co jemy, prosty rachunek. Składniki pokarmowe w jelitach wchłaniane są przez kosmki jelitowe i roznoszone dalej po organizmie z krwią. Takie informacje pamiętam z biologii rozszerzonej z liceum, chyba że coś źle rozumiem, coś ze mną nie tak albo źle mnie uczyli. Aczkolwiek wydaje mi się to logiczne. DLatego ten sam artykuł, który mówi: ""Mleko robi się z krwi, a nie z treści jelitowej." - za chwilę dodaje: "Mama powinna się dobrze odżywiać, mieć zdrową i zróżnicowaną dietę." oraz: "Tak, możesz jeść wszystko, chociaż nie zaleca się fastfoodów i alkoholu (o tym niżej), dieta powinna być podobna do tej z okresu ciąży, bogata w warzywa, owoce i nieprzetworzone produkty, powinna być zgodna z nową piramidą żywieniową."
I to:
"Kiedy już pokarm strawiony w żołądku, go opuści, przenosi się do dwunastnicy gdzie przechodzi kolejny etap trawienia, a następnie dalej do jelita cienkiego, gdzie następuje powolny proces przesuwania treści jelitowej dalej dzięki tzw ruchom robaczkowym, dzięki wyrostkom – kosmkom dochodzi to wchłaniania substancji odżywczych do krwi: proteiny, minerały, witaminy, tłuszcze, cukry proste, ale także leki, toksyny, konserwanty itd, jeśli mama ma nieszczelne jelita (ciężko o szczelność w dzisiejszych czasach) do krwi przedostają się całe białka mogące potencjalnie alergizować, krew prowadzi wszystko do wątroby, pełniącej w naszym organizmie funkcje filtra ona wszystko metabolizuje i przerabia na łatwe do przyswojenia substancje, po opuszczeniu wątroby krew rusza w dalszą drogę do komórek organizmu oraz do gruczołów mlecznych, które pobierają z krwi wszelkie niezbędne substancje: przeciwciała, witaminy, minerały, składniki odżywcze, niestety nie wszystko zostało zatrzymane w wątrobie i niestety nie wszystko zostaje odfiltrowane w procesie przetwarzania krwi na mleko. Potencjalnie alergizujące białka, niektóre toksyny, wirusy, konserwanty i leki przechodzą przez te bariery i dostają się do mleka(...)"
Więcej na: http://www.mlecznewsparcie.pl/2015/01/dieta-mamy-karmiacej-piersia/
avatar
No i właśnie hafija, nie wiem, czy ten cytat też miałaś na myśli: ""85% kwasów tłuszczowych przyjmowanych przez matkę przekłada się na obecność i jakość kwasów tłuszczowych w jej mleku. Mama wybierając rodzaj tłuszczu jaki spożywa ma wpływ na rodzaj kwasów tłuszczowych, jakie dziecko otrzyma z jej pokarmem. Zwiększenie, jednokrotne spożycia jednego z kwasów tłuszczowych skutkuje zwiększeniem go w mleku po około 6 godzinach i ten stan utrzymuje się przez kilka dni. Oznacza to, że jeżeli mama przyjmuje niezdrowe tłuszcze to w jej mleku, jakość tłuszczu będzie niska."
http://www.hafija.pl/2015/09/skladniki-mleka-kobiecego-zalezne-od-sposobu-odzywiania-sie-mamy.html
avatar
Tak kupki mogą mieć kolor żółty, pomarańczowy, musztardowy, zielonkawy, z grudkami niestrawionego mleka ja dawałam młodej takie kropelki bobotic forte jak miała okres kolek i faktycznie jakoś dobrze je przechodzila dzięki tym kroplom... I najlepiej kłaść dziecko na klinie na boczku, bo może mieć refluks ale to normalne w tym wieku, głową do góry a Córa się na pewno najada Twoim mleczkiem. Pamiętaj jeśli przybiera na wadze to się najada
avatar
Tak kupki mogą mieć kolor żółty, pomarańczowy, musztardowy, zielonkawy, z grudkami niestrawionego mleka ja dawałam młodej takie kropelki bobotic forte jak miała okres kolek i faktycznie jakoś dobrze je przechodzila dzięki tym kroplom... I najlepiej kłaść dziecko na klinie na boczku, bo może mieć refluks ale to normalne w tym wieku, głową do góry a Córa się na pewno najada Twoim mleczkiem. Pamiętaj jeśli przybiera na wadze to się najada
avatar
Przede wszystkim kryzyc po miesiacu, to i tak pozno to tak pol zartem-pol serio. tez przeszlam to z hafija, wczytanie sie w nia, reflekcje, nielubienie i teraz prawie po roku uznanie, ze kobieta ma duza wiedze, ale troche kreci, tak ciutek, ciutek. Ale o co chodzi mi, ja Hifije bardziej zawsze rozumialam, ze to co jem, owszem ma wplyw na sklad mleka, ale nie ma wplywu na kolki, bo gazy nie przechodza z tej przyslowiowej kapusty do krwi, ale alergeny juz moga.Wiec moze sie zdarzyc, ze cos z tego co zjadlas, jednka Malej zaszkodzi, ale szanse sa male, ale sa. To moje zdanie,ze Hafija troche nie jasno o tym pisze. Co do nakldek i mam nadzieje, ze to przeczytasz to znam jedna dzeiwczynye, ktora 7 miesiecy karmila z nakladkami i dopiero wtedy udalo jej sie przejsc na sama piers. Mleka nie utracila. Poza tym na facebooku jestem na grupie wsparcie akrmienia piersia i jest tam kilka histroii kobiet, ktore karmily w nakladkach dlugo. Niedawo jakas mama pisala, ze 1,5 roku karmila w nakladkach. da sie. nie doluj sie tym, to jest kurde bez sensu. Ja karmilam w nakladkach jakis tydzien, mzoe dwa, potem Maly sam je odrzucil i nie chcial ich znac. karmie juz rok i Maly mi wycignal sutki, nie da sie ukryc. Sa dluzsze, widac i czuc to, maz takze potwierdza. Ale nei doluj sie tym, ze karmisz w nakladkach. Inna sprawa, ze mm wcale moze problemow nie rozwiazac, tzn moga sie pojwiac inne. !! Szukanie odpowiedniej butelki, odpowiedniego mleka, to tez moze byc meczace, przygotowywanie butelek itd. itp. Na prawde problemy moga tez byc. Ale oczywiscie nie ma obowiazku karmienia piersia, to TY tez decydujesz o tym, masz sie czuc z tym ok. Jak meczy to lepiej to przemyslec.
avatar
Witaj. Przeczytalam Twoj pamietnik od momentu porodu. Dlugo zastanawiałam się czy mam cos Ci napisać, czy nie...ale stwierdziłam, ze jesli ktokolwiek bedzie mial korzysc z mojego doświadczenia, to napiszę.
Nie moge powiedzieć, ze przeżyłam to co Ty. Bo takie pisanie jest bez sensu, i tak nigdy nie sprawdzimy kto co czuł i jak mocno. W kazdym razie urodzilam syna 3,5 roku temu sn. Poród szybki, ale jak sie okazalo, to co nastapilo potem bylo najtrudniejsze. Popekalam, nacieli mnie, lyzeczkowali. Szycie krocza - koszmar. Ja plakalam, lekarka plakala. Powiedziała mi, że nie ma jak szyć - wszystkie tkanki rwą się jak bibuła przy włożeniu igły. Szycie trwało ponad godzinę.
Dostałam na łóżko kartkę " krocze specjalnej troski". Każdy oglądal i minę miał przerazoną. Po 3 dniach odłączyli mi ketonal. Koszmar. Wyszlam ze szpitala po 8 dniach. Przeciwbólowe przestalam jeść po 2 tygodniach. Usiadłam po miesiącu. Seks? Po pół roku. Po dwóch latach przestalo mnie boleć krocze. I wiesz co jest najciekawsze? Że 29.07.2017 urodzilam córkę. To był trudny poród, bo była ułożona posladkowo. Urodzilam silami natury. Zostalysmy bohaterkami w szpitalu, bo wszyscy sie dziwili, że nie zdecydowałam sie na cc. I wiesz co? Po tygodniu w ogóle nie czulam, ze urodzilam. Krocze nie boli. Mam masę energii. Nie cierpię, tylko kwitnę i ciesze sie macierzynstwem. Dlaczego o tym pisze? Bo kazdy poród jest inny. I kazdy ból kiedys przechodzi. Życzę Ci dużo sił i cierpliwości!
avatar
FreshMm - myślę dokładnie to samo! I nie miałam dokladnie na myśli tego fragmentu. Ona tam na blogu ma sporo tego typu kwiatków i sama sobie przeczy. Mnie właśnie zadziwił ten fragment o zielonej kupie po zielonym jedzeniu. A wszystkim Wam, dziewczyny, dziękuję za rady i historie. Zwłaszcza Tobie, Walabia. Przesyłam ściski!
Dodaj komentarz
avatar
{text}