avatar

tytuł: Ucząc się siebie... i jej!

autor: rybuuu

Wstęp

about me

O mnie:

about me

Jestem/chciała bym być mamą:

i nie zwariować.

about me

Moje dzieci:

about me

Moje emocje:

Podekscytowanie, ogromna radość i miłość miesza się ze strachem.

Wróciliśmy.

Cóż mogę Wam powiedzieć… Jeżeli kiedykolwiek wyobrażałam sobie piekło, to raczej moja wizja przypominała smażenie się w kotle z lawą, gdzie przy okazji jakiś diabelec smaga mnie po plecach batem i gada po niemiecku. Dziś już wiem, że piekło = bycie z dzieckiem półtora tygodnia w szpitalu.

Przeżyć mamy co niemiara. Mam już po kokardkę badań, nakłuć, wenflonów w główce (zaliczyliśmy trzy…), duchoty w szpitalnej sali, spania na niewygodnych fotelach i życia pod dyktando dawek antybiotyku. Poznałam wiele matek, wiele dzieci. Nasłuchałam się płaczu i swojego i cudzych. Nie starczyłoby czasu, żeby Wam to wszystko opisać. Najbardziej poruszyła mnie tylko historia małego Oliwierka za ścianą, który na oko jest w wieku mojej córci i leżał podpięty do kroplówek i sondy… a mama przychodziła do niego raz na kilka dni. NIKT się nim nie zajmował. Boże, jak on ryczał...

Do rzeczy. Wytępiliśmy z moczu tym razem nie e.coli, a klebsiellę. Mam do zrobienia posiew za dwa tygodnie. Do tego czasu słodkie niejeżdżenie po lekarzach. Choć w plecy mamy dwie dawki szczepionki. Mąż uparł się, by szczepić za tydzień. A ja - ta, co się nabijała z antyszczepów parę miesięcy temu, jestem teraz bardzo sceptycznie nastawiona.

Czy coś się wyjaśniło z układem pokarmowym Miśki - ależ skąd! Badania na alergię z krwi wyszły ujemne, czego się można było spodziewać. Z testów płatkowych - marchew, pszenica i jajko. Dietetyk zalecił mi unikanie tylko marchwi, a ja, na pohybel jemu, rodzinie i wszystkim innym, dalej jem tyle, co nic, i tylko ślinię się wyczuwając świeże pieczywo w markecie albo widząc opakowanie ciastek. Jeszcze nigdy na żadnej diecie tak bardzo nie dawałam sobie żadnej furtki na ustępstwa.

Nie mniej - dalej nie jest najlepiej w kwestiach kupowych. Dzisiaj to już w ogóle poszła kupa-dziwadło. Na raz pomarańcz, musztarda, śluz i zieleń od suplementowanego żelaza. Wszystkie kolory tęczy. Miśka zdaje się tym w ogóle nie przejmować. Generalnie jest raczej pogodnym dzieckiem, nie stęka, nie pręży się. Tak czy siak to, co jej szkodzi, to dalej dla nas ogromna zagadka. Wczoraj na przykład strasznie ją obsypało, dzisiaj zmiany bledną. Rosnąć, rośnie - choć powoli. Za tydzień z hakiem prawie trzy miechy, a różnica pomiędzy najniższą wagą spadkową a przy ostatnim ważeniu to jakieś 1800g (w porównaniu do urodzeniowej - 1300) . Nie jest to jakiś hardkorowo niski przyrost i w sumie to nawet się aż tak tym nie spinam, tak długo, jak mała mi nie chudnie. Dalej je jak ptaszek - pomogło wydłużanie czasu pomiędzy karmieniami, choć wcale to specjalnie nie powiększyło jej zapotrzebowania dobowego, a pije jak jej się uwidzi. Raz machnie ledwo 500ml, raz dobije do 700ml. Dziecko-zagadka. Już się gubię w tym, co jej podaję. Dicoflor, teraz jeszcze Enterol, delicol na lepsze trawienie laktozy, doszło żelazo (matko, jak mnie inne matki zjechały, że jej daję… że niby niedokrwistość fizjologiczna… jak, kuźwa, fizjologiczna, skoro sama zjechałam po porodzie z żenująco niską hemoglobiną a dzieciak prawie nie je?). Z tego wszystkiego nie daję jej witaminy D, bo mam tylko twist-offy a już jej nie chcę tego syfu dokładać. Muszę w końcu wydębić receptę na coś w kroplach. Bidula ma bez przerwy od miesiąca katar. W kwestii pieluch czuję się, jakbym miała noworodka - Miśka obszczywa i obsrywa paręnaście pieluch na dobę i dziękuję swojej intuicji, że kupiłam przewijak - tyle dobrej informacji, że do odwodnionych raczej moje dziecko nie należy. Generalnie pije moje mleko i nutramigen, jak mojego nie zdążę naprodukować. Laktator był dla mnie przepustką do darmowego spania w szpitalu, gdyż oficjalnie zostałam sklasyfikowana jako matka karmiąca piersią i zaoszczędziliśmy jakieś 12x18zł za dobę. Policzcie sobie. Tak czy siak, wrzucam na luz. Fakt, że rwę włosy z głowy ilekroć widzę jej kupy i mam w głowie, że badanie na krew utajoną wyszło dodatnio, ale nie mogę się kuźwa wiecznie zamartwiać, skoro już robię wszystko, co należy.

W szpitalu fizjoterapeutka pokazała nam, jak łapać Miśkę i po tym, jak widziałam, jak ją obraca, sama nabrałam większej pewności w jej chwytaniu. Będziemy też pracować nad jej brzuszkiem i podnoszeniem głowy. A tak w ogóle to dziecko w szpitalu zamieniło mi się w małego szatana-terrorystę. Podobno skok rozwojowy, a ja bym to nazwała fanaberią wynikającą z temperamentu. Otóż dziecko nie daje rady samo zasnąć. No nie daje. Trzeba ją zamaszyście bujać na rękach góra dół, a najlepiej jeszcze z nią latać po pokoju i machać na boki, symulując chęć wyrzucenia przez okno - wtedy to dopiero oczy wykręca pod sufit! I ten cholerny smoczek. Miał być doraźnym uspokajaczem, a jest naszym wiernym przyjacielem. Jak tylko moje nieodkładalne dziecko dotknie łóżeczka i zaczyna grymasić, to pyk - zatykam jej smoka nawet po paręnaście razy. Niedobrze. No cóż…

Z fajowych umiejętności - próbuje chwytać podstawione jej pod nosem zabawki. A w ogóle jej uśmiechy i uważność rozbrajają w dalszym ciągu wszystkich. We wszystkich szpitalach, w których byliśmy, Miśka była miss oddziału. Co ja się nie nasłuchałam… 'Pani dziecko emocjonalnie jest dwa miesiące do przodu', 'Jak ona pięknie gada!', 'Ej… ale ona uważnie patrzy!', 'O rany, jakie uśmiechy…', 'Ona zawsze taka spokojna jest?'. No i oczywiście komplementy co do jej bujnej fryzury. Sporo włosków się wytarło a i tak jest małym, wkurzonym Chopinem.

Co do mnie… Byłam u psychiatry. Od trzech dni biorę leki. Czy jest lepiej… Nie wiem. Dalej mam milion myśli na minutę, ale nie płakałam już dwa dni, co jest rekordem jak dotąd. Rozmawiałam też z mężem o TYCH sprawach i nie łamał mi się głos. W ogóle lekarz stwierdził, i ja też tak myślę, że terapię warto zacząć, ale jeszcze nie teraz. Muszę się najpierw uspokoić, poukładać bieżący chaos, a jak już nabiorę dystansu, to pomyśleć o przetrawieniu tego. Też sobie tego teraz nie wyobrażam - latać jak za sraczką (DOSŁOWNIE) przy dziecku, odciągać mleko, nie spać i jeszcze na dobitkę jeździć do miasta rozdrapywać świeże rany. Na razie jedziemy na sertralinie i specerach.

No i co… Jeden lęk mi odszedł. Lęk o zawiedzenie męża w kwestii 'niepodarowania' mu więcej niż jednego dziecka. Jednej nocy w szpitalu wypalił do mnie, że kocha małą, ale, cytuję (uwaga, oboje mamy dość wulgarny i specyficzny humor) - 'kolejne dobre geny to idą albo w tyłek, albo w chusteczkę'. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że kiedyś chcemy zacząć mieć normalne życie, jedno dziecko z alergiami i nawracającymi zumami to już szczyt na nasze nerwy i portfel, a on sam nie chce już więcej patrzeć jak przeżywam ciążę i okołoporodowe historie. Także jedno zmartwienie mniej. Będziemy rodzicami jedynaczki. I też fajnie. W mojej rodzinie niestety posiadanie rodzeństwa nijak nie ma przełożenia na bycie życiową pierdołą czy też nie, a mało tego - napatrzyłam się już na wojny o spadek po ledwo co zmarłym dziadku, ludzie nagle dostają pierdolca. Cóż. A ja moje dziecko będę rozpuszczać na złość wszystkim naokoło.

Także tyle nowości.

8
komentarzy
avatar
Z 'normami' jedzenia małej ty się nie przejmuj. Każde dziecko jest inne. Moja Alicja ma 4 miesiące i do tej pory wypija 600-700 ml, czasem ma dzień, że 800 ml, ale to tylko czasem, a czasem, że 500 ml..też panikowałam w końcu odpusciłam. Przestałam w nią wciskać. Przybiera na wadze, swoim tempem, ale przybiera i to najważniejsze. Trzymam kciuki za Was :*
avatar
Popieram poprzedniczkę. Między naszym Jaśkiem a córką siostry męża jest prawie pół roku różnicy (nasz starszy) a był taki moment że nasz zjadał na raz 180ml a Natka 240 więc ten tego, każde dziecko je tyle ile chce. Oby już wszystko szło ku lepszemu. Jestem z Wami myślami :*
avatar
Oczywiście, że jedynacy też są super! Ja od początku mówię, że to moja pierwsza i ostatnia ciąża
Teraz najważniejsze, że możecie pobyć trochę w domu, odpocząć i się wyciszyć.
Co do alergii to powiem Ci, że mój siostrzeniec zaraz po urodzeniu też okazał się być alergikiem. Bożejedyny, co ta moja siostra miała za hardkor. Dziecko obsypane od stóp do głów, co by nie zjadła - płacz, krosty, czerwona skóra, brzydkie kupy. Oczywiście dieta eliminacyjna - doszło do tego, że jadła praktycznie tylko gotowanego królika (!) i wszystko z dyni. No cudmiódiorzeszki. Nic więcej Mały nie tolerował. W 3 miesiące zjechała z wagą do poziomu szkieletu. Do tego ciężko psychicznie, potem już też się przyzwyczaiła. P. z czasem wyrósł z wszystkiego, czego i Wam życzę.
Trzymam kciuki, aby wszystko szło ku lepszemu, chociaż wiem że łatwo się mówi...
avatar
A ile Michalinka wazy teraz i jaka miala wage uridzeniowa? Ciesze sie ze jestes w lepszej formie psychicznej. Bedzie dobrze. Dystans na pewno potrzebny. Ja to wierze ze i z alergia nie bedzie tak zle jak myslisz. Moze wg Ciebie jestem szalona optymistka ale mieszkam w takim kraju ktory mnie tego nauczyl jesli chodzi o zdrowie
avatar
Jesteś dzielną super matką czytając o twoich przeżyciach ja nie wiem czy dałabym radę. Wreszcie nutka optymizmu w twoim wpisie. Wszystko się powoli poukłada i będzie dobrze nie ma innej opcji. A kiedy przeprowadzka?
avatar
Czyli powolutku, powolutku w stronę światła. Kciuki wciąż zaciskam, myślę o Was, ale duoy truć nie będę, macie teraz się na czym skupić. Czekam na kolejny wpis, składajcie się do kupy, wszyscy :*
avatar
Emmo, urodzeniowa 4100, najnizsza spadkowa 3680, na ostatnim ważeniu 5420. Przeprowadzka za hen daleko niewiadomo. Dzięki za słowa otuchy, dziewczyny
avatar
Kochana Cieszę że wszystko idzie ku dobremu i widzę że tabletki działają mino ,że ty nie widzisz rezultatu ale jak czytam ten wpis to od początku widziałam że jest lepiej. Musisz sobie dać czas i zobaczysz już niedługo będzie o wiele lepiej kochana :-)
smok to nie tragedia moj zaczal sie domagac gdy mu stuklo 11 miesiecy
Dodaj komentarz

Co tu się odbellybestfriendowiło? Ja chcę mój fioletowy pamiętnik!

Nieważne.

Miśka jutro kończy kalendarzowe 3 miechy (nie ogarniam liczenia tygodniami) a ja dziś kończę 26 lat.
Urodziny spędzam inaczej niż rok temu.

Rok temu chyba wróciłam z pracy i mąż zabrał mnie na kolację, po której byliśmy obżarci jak świnie. Pamiętam, że poziom nasycenia był tak kosmiczny, że miałam problem wstać, podobny do tego pod koniec ciąży. Autentyk. Byłam odwalona jak sto pięćdziesiąt, wypachniona, wymalowana, z ładnie zaczesaną grzywą. Miałam w sobie stworka, choć jeszcze o tym nie wiedziałam i wypiłam kieliszek wina.

A dziś... Dziś siedzę w pidżamie. Na głowie mam trzy włosy na krzyż. Pompuję mleko i panikuję, bo chyba zużyły mi się zaworki w spectrze i właśnie teraz, kiedy świętuję 4 dni Miśki tylko na moim mleku, to laktator się wziął i się obraził i prawie nie ciągnie. Zamiast zamawiać sobie ciuchy, to zamawiam nowe części. I probiotyki dla nas. Nie zjem dziś tortu, tylko kaszę gryczaną z indykiem. Nie jem już nic innego, serio. Z napojów tylko woda. Zaczynam wyglądać jak suchar. Nie wiedziałam, że jakakolwiek miłość popchnie mnie do takiego ekstremum.

Z prezentów dostałam dziś kwiaty, wejściówkę na masaż z aromaterapią od męża i kasę od matki, żebym sobie kupiła coś. I ja nie wiem, co sobie kupić, bo potrzebuję mieć wszystko na gwałt i to wybór pomiędzy majtkami, spodniami, butami i kurtką. Ech. I kartki z życzeniami. Fejsbuk pika non stop.

Ale najlepszy prezent dali mi Miśka i mąż - nie licząc nocnego odciągania, które trwało jakieś pół godziny, to spałam od 21:00 do 9:00 dziś... Stary karmił małą całą noc i ranek. Poezja. Marzyłam o tym od porodu.

Życzę sobie, abym miała jeszcze więcej siły w pokonywaniu przeciwności i żeby mała w końcu była w pełni zdrowa.

2
komentarzy
avatar
Życzę Ci z całego serca wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia , wytrwałości i spełnienia marzeń
avatar
Kochana życie Tobie wszelkiego dobrego,dużo siły i zdrowia i wszystkiego czego sobie życzysz. sciskamy strasznie:-)
Dodaj komentarz

Przestałam się odzywać, bo zazwyczaj robię to z telefonu, a że nowy portal coś średnio współpracuje z moją Lumią, to i rzadko tu zaglądam. Ale w końcu mam dostęp do komputera.

Powiecie, że mam jakiegoś bzika z tym karmieniem. I będziecie miały rację. Matulu! Ileż to razy ja nie zmieniałam zdania… "Chcę karmić piersią!", "Zabierzcie mi cycki!", "Dajcie MM!", "Won z MM!", "Nigdy więcej KPI!", "Gdzie mój laktator?!". Ych. Gdzieś w tajnych notatkach mam zapisane, od kiedy jesteśmy tylko na moim mleku, ale nie wiem, gdzie je posiałam. Ze dwa tygodnie albo więcej już tak jedziemy. I żadnego dokarmiania. Dziecko trochę mi się rozkręciło, znaczy się wciąga ze 100ml i czasem więcej na karmienie. Dobowo pewnie wychodzi 700ml i więcej. Uf. I daję radę jakoś to wyprodukować. Mam nawet parę mrożonek.  Jak się zaprę, to ściągam często, ale zazwyczaj udaje mi się siedem razy po piętnaście minut, bo jestem leniwą bułą. Melduję się na grupie fejsbukowej randkujących z laktatorem. Mam dużo wsparcia mamy (tak!) i męża w tym, co robię - inaczej bym skisła. Serio podziwiam te z Was, które poza opieką nad dzieckiem zajmują się domem, bo ja praktycznie nie robię nic. Ani nie sprzątam ani nie gotuję. Cała moja egzystencja sprowadza się do karmienia i opieki nad dzieckiem. I snu. No, pospałoby się więcej, ale naprawdę nie mogę narzekać. Pod tym względem mąż jest mega, bo wstaje do małej nawet częściej niż ja, chociaż musi wstać do pracy. A pobudek jest ze trzy. Koło północy, drugiej lub trzeciej a potem piątej lub szóstej.

Mała to typowy high need. Nic się nie zmieniło - śpi po trochu, je na raty i robi w pieluchy jakby miała dwa tygodnie. Nie mogę dojść do ładu z tymi jej śluzowatymi kupami kilka razy dziennie i nie wiem, co jej szkodzi. Jestem w trakcie eliminacji glutenu, gdzie podobno na efekty trzeba czekać nawet sześć tygodni. Może też jej jelita muszą dojść do siebie po karmieniu mieszanym. Nie wiem. Dam sobie jeszcze nieco czasu, bo póki co tylko eliminuję a nic nie daję w zamian. Plus tego taki, że zaczynam wyglądać jak nastolatka. A minus, że pewnie niedobory mam koszmarne. Podaję małej probiotyki - Latopic i Trilac Plus. Kapsułki to jednak moja ulubiona forma - mieszam trochę w kieliszku i podaję strzykawką podczas nocnych karmień, które najlepiej "żrą". Skóra jej się bardzo poprawiła, a już zaczynało być niedobrze, bo w zgięciach nóżek zaczęły jej się pomału robić stany zapalne, jak przy egzemie. Jakoś udało się to cofnąć i mała ma już gładką skórkę bez żadnych zmian. Tylko na ciemieniucha nawraca… Ech. Zapytacie, po kij się tak męczę - "można przecież dać mleczko dla alergików". A tu niespodzianka, bo okazuje się, że takie mieszanki... też mogą uczulać. Nie mówiąc o tym, że kosztują koszmarne sumy. Tym koszmarniejsze im większy stopień rozbicia cząsteczek, co by mały brzuszek mógł je lepiej przyswoić. Co do składu - syf. Sorry, ale ja już wolę masakrować sobie cycki…

Jeśli chodzi o jej rozwój - łapie zabawki, pcha je do buzi, wkurza się, jak nie trafi, dużo gada, uśmiecha się jak osoba w chorobie psychiczneji chyba próbuje zabierać się do obrotu na bok. Nie płacze prawie wcale. Nie powiedzielibyście, że to dziecko ma za sobą dwie hospitalizacje, przybiera tylko 400g miesięcznie i w brzuchu dzieje się jej jakaś jesień średniowiecza. 

A! Jesteśmy też po szczepieniu. Wybraliśmy się dopiero, gdy skończyła trzy miesiące. Poszedł Infanrix. Dziękuję Bozi, że mąż był ze mną, bo ja bym tego nie zniosła. Obyło się bez nopów. Uf!

Właśnie chciałam Wam napisać, co u mnie, ale moje dziecko nie śpi dłużej, niż pół godziny - to se popisałam… A miałabym co opisywać. Dużo mam w głowie myśli, których nikomu nie mówię, a chciałabym je chociaż tutaj wylać. No i co - jajco! Nie mam czasu zwyczajnie.

Ale wiecie co? Chyba powoli zaczyna być lepiej. Minęliśmy magiczną granicę trzeciego miesiąca i faktycznie - chyba najgorsze za nami. Jedyna czarna myśl jaka nade mną krąży, to że musimy zrobić małej kontrolny posiew moczu. Jeden zrobiłam i go spieprzyłam, info z laboratorium, że muszę dać nową próbkę. Jak dotąd się nie odważyłam. Boję się, że znowu coś wyjdzie.


… no masz, i kolejna kupa! Teraz naprawde muszę iść.

4
komentarzy
avatar
Fajnie że u was coraz spokojniej i lepiej może i kupki się unormują jak układ pokarmowy w pełni dojrzeje. Zrób posiew i nie nakręcaj się niepotrzebnie na pewno jest ok. Trzymam za was kciuki.
avatar
Ale tu pozytywnie cieszę się trzymajcie się i pozdrawiam
avatar
Mój Jasiek ma rok a kupy czasem wali 5 na dzień rekord w zmienianie pieluch to 3 w ciągu 10 minut bo Pierdek nie potrafi zrobić kupy na raz
Już będzie tylko lepiej. Na prawdę. Jesteście bardzo dzielne. Ściskam Was mocno :*
avatar
Nie wychodziłam na Belly dobre 4 miechy, weszłam dzisiaj, a tu jakiś nowy portal! Co więcej, ominęłam Twój poród! Widzę, że był jeszcze lepszy od mojego :| Mój synek też typowo high need, ale teraz jak już sam siada i raczkuje i co lepsze ogarnia zabawki to potrafi się chwilę sam sobą zająć Szkoda, że w nocy funduje 4-8 pobudek, no ale co poradzić
Buziaki i trzymajcie się z Małą ciepło :*
Dodaj komentarz

Odpalam pamiętnik, ale w sumie od ostatniego wpisu nie  zadziało się nic szczególnego. Chociaż nie, przepraszam… Dopadła mnie fiksacja na punkcie znalezienia alergenu. Jadłam TYLKO kaszę jaglaną. Zrobiła się z tego taka schiza, że żarcie śniło mi się po nocach. A mała dalej waliła dziwne kupy po każdej butli. No to dawaj… Jak już zrobiła kolejny rozbryzg po same łopatki, to się wkurzyłam niesamowicie i dosłownie rzuciłam na lodówkę, żarłam, jak leci - twarożek, pastę z tuńczyka, dżem, pszenne bułki… I jeszcze sobie dobiłam na dokładkę ogromną milkę, którą dostałam na urodziny, a którą skitrałam na dnie szafy na okoliczność "kiedyś, jak przestanę być na diecie eliminacyjnej". Nie musiałam długo czekać na konsekwencje. Trzy dni później mała już była cała obsypana. Szlag. W akcie desperacji, po miesiącu karmienia tylko mlekiem mamy, namówiłam męża na eksperyment. Neocate. Puszka bez ryczałtu - 150zł. Same aminokwasy. Białka rozbite do elementarnych części. Ilość kup się zmniejszyła, ale szczerze - wcale według mnie nie było lepiej. Mała była jakaś zamulona, wyginała się do tyłu przy jedzeniu. Wróciliśmy więc na cycek. Nie wiem, jakim cudem laktacja mi jeszcze nie siadła, bo przez te kryzysy zeszłam chyba z 8 odciągań na dobę do 3. Odpaliłam też sporo mrożonek, a w lodówce miałam już 3 litry - wysypywało mi się normalnie z zamrażalnika. I znów KPI. I znów kupy co karmienie. I znów eliminacja. Bez mleka, bez jajek, bez orzechów, bez kakao, bez ryb, bez glutenu, bez cytrusów, bez marchewki. Ech.

Często dopada mnie myśl… Matko jedyno - niech to moje dziecko już ma 20 lat, niech siedzi ze mną jesiennymi wieczorami na kanapie, niech maluje mi paznokcie, niech pije ze mną wino, ogląda Bridget Jones i wpieprza lody na zmianę z pizzą, a ja jej do tego opowiadam: "Miśka, ja Cię kocham jak stąd do tego samego miejsca, tylko na około ziemii, ale za prawdę powiadam Ci - jak miałaś cztery miesiące i waliłaś po sześć kup dziennie, to miałam ochotę Cię wydziedziczyć!". Boże. Karmienie alergicznego dziecka to jakaś orka na ugorze. I wieczny strach.

Codziennie zmagam się z myślami, do jakiego lekarza ją jeszcze zabrać, jakie badania zrobić i co z tym jej obniżonym napięciem… Generalnie z dźwiganiem głowy przy leżeniu na brzuchu jest nawet ok. Mała trzyma ją zdecydowanie dłużej niż minutę. Ale pociągnięta lekko za rączki do siadu wlecze głowę strasznie i ani myśli kontrolować trakcję… Przeraża mnie to. Kwestia napięcia mięśniowego to dla mnie w ogóle temat-zagadka. Cały czas się zastanawiam, czy fizjoterapia niemowląt to jakaś sztucznie stworzona dziedzina, która powstała po to, żeby nabijać komuś portfel, czy może faktycznie jest potrzebna. Czy faktycznie moje dziecko samo nie rozwija się dobrze motorycznie? Co będzie tego konsekwencją poza tym, że może trochę później usiądzie albo wstanie? Jak będzie z jej mową i inteligencją - czy to idzie w parze? Czy będzie jakąś niewydarzoną pierdołą i ofermą i, tak jak mnie, na wuefie będą ją wybierali jako ostatnią do drużyny podczas klasowego meczu w gałę? Z drugiej strony sobie myślę, że tak przecież było zawsze… Jedne dzieci rozwijają się szybciej, inne wolnej. Oczywiście najpiękniej jest, jak wszystkich innych dzieci rozwijają się wolno a nasze idą do przodu jak huragan - wiadomo, to takie polskie. A jak jest inaczej… To jest tak, jak w mojej głowie. Niekończące się zmartwienie.

I teraz uwaga, bo padniecie. Sama padłam, jak się odważyłam. Ekhem, khem. Gdyby ktoś miesiąc po porodzie powiedział mi, że za jakieś trzy powiem podczas przytulanek do męża, zupełnie na spontanie: "Stary… ściągaj majtki i  spróbujmy pościągać stamtąd pajęczyny!", to nie uwierzyłabym. Ale zrobiłam tak. I było zdecydowanie lepiej, niż zakładałam. Nam obojgu na pewno zeszło utrzymujące się od miesięcy ciśnienie i stres. Było do tego stopnia dobrze, że pokusiłam się o powtórkę następnego dnia, ale niestety… Nie było aż tak fantastycznie. A następnego dnia chodziłam, jakby mi ktoś moją bliznę okładał bejsbolem. No cóż… Minie jeszcze sporo czasu, zanim wrócę do gry z takim impetem, jakbym tego chciała. Co dalej nie zmienia faktu, że od tygodni wyobrażałam sobie ten dzień jako jedną wielką żenadę i że po jednym razie będę płakała w kiblu a mąż będzie mnie pocieszał, że jeszcze da mi czas… Guzik! Nie było źle. Było bardzo dobrze! Wiadomo, że nie był to najlepszy seks mojego życia, aaale… No. Co ja będę zresztą pisała. W sumie zrobiłam to tylko z jednego powodu - żeby jakaś biedna, zbłąkana dusza, która wejdzie tu po porodzie kleszczowym i połogu jak z koszmaru zobaczyła, że to jest możliwe.

A w ogóle to pod względem słodziaszności Miśki nic się nie zmienia - mała jest do zjedzenia. Matko, jak ona wali te uśmiechy… Non stop. Budzi się takie z rykiem nad ranem, człowiek chce normalnie się wystrzelić z armaty, bo od tygodni marzy o tym, żeby pospać ciągiem te osiem godzin, ale podchodzi do łóżeczka a dzieć bęc - z miejsca czai, kto to się nad nim pochyla, i zamiast dalej drzeć japę to rozpływa się w bezzębnym uśmiechu… I jak tu się wkurzać? No jak?! Gada dużo po swojemu, pluje niesamowicie, grucha, purta ustami, skrzeczy jak stare drzwi… Najgorzej, jak jej się weźmie na gadanie w nocy i nie może zasnąć. Ja i stary już ledwo zipiemy, każde z nas zaliczyło już z małą skakanie na piłce do fitnessu (a bo nie napisałam… piłka to nasz wielki przyjaciel przy karmieniu i usypianiu) a ona leży, oczy jak pińć zeta i skrzeczy. No nie powiesz takiemu urwisowi "cicho bądź!", bo nie kuma zwyczajnie.


Ach. I tak ją kochamy. Wszyscy bez wyjątku.

1
komentarzy
avatar
Ja tu tak mało zaglądam, a tu wpis! Słuchaj no, Kobieto, z tą dietą to jakiś mayhem, serio. Życzę Wam, żeby jej to szybko przeszło. Na wino na bank nie będzie uczulona, nikt nie jest! I to fakt, każdy Maluch rozwija się po swojemu. Jedno majowe Dziecię już siedzi, pełza po chacie i wali dwójeczkę na nocnik (serio! Widziałam!) a ja się jaram, jak Kuba przekręca się z pleców na brzuch. Bo z brzucha na plecy...no way! I czasem mnie krew zalewa, bo czemu to tyle trwa, ale z drugiej strony...czemu nie? Niech se robi wszystko jak chce i kiedy chce, czas poluzować gumę w gaciach.
Dodaj komentarz

Miśka skończyła dziś cztery miesiące!

I cóż to były za cztery miesiące... Brrr! Skóra mi cierpnie na myśl o początkach naszej wspólnej przygody. Ale jednocześnie wspomnienia te paradoksalnie napawają mnie optymizmem. No bo skoro w cztery miesiące można z totalnego dna przejść do takiego stanu... to ja nie mam pytań, co będzie, gdy Miśka skończy osiem! Będzie na pewno świetnie.

Pamiętacie, co niedawno pisałam? Że żałuję, że kiedykolwiek zdecydowałam się na dziecko. No i guzik, bo dziś patrzyłam na małą, na jej bystre oczy, jej roześmiane usteczka, całowałam ją po rączkach i mówiłam z pełnią wiary - że jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało.

Wiecie co... Daleka jestem od tego, żeby bagatelizować cudze problemy. To, że ktoś robi w majtki przed maturą, przed pierwszą randką, rozmową kwalifikacyjną, czy tym, że ktoś w robocie na niego krzywo spojrzał. Uważam, że każdy mierzy się ze stresem tak, jak umie, i z takim, na jaki w danym momencie życia go stać. Chcę jednak tylko powiedzieć, że... ja naprawdę nie wiem, dlaczego przed rodzicielstwem byłam aż tak rozklekotanym człowiekiem. Byłam ultra nieszczęśliwa. Wszystko mnie dobijało - kredyt, rodzina, jakieś nieporozumienia z mężem, sytuacja w pracy... i tak dalej. Wiecie pewnie zresztą, bo elaboraty o tym wszystkim pisałam. I na ovu, i na belly. Nie zmierzam do tego, że teraz jestem szczęśliwa do szpiku kości. Ale zmierzam do tego, że gdy tylko pojawia się dziecko, to te wszystkie problemy robią się śmieszne. Kiedyś marzyłam o tym, żeby kiedyś w końcu pojechać na zagraniczne wakacje, mieć fajne kiecki w szafie, żebym była bardziej sumienna i robiła z pięć treningów tygodniowo zamiast trzech i żebym któregoś pięknego dnia wstała i wiedziała, jak żyć. Haha! Dzisiaj marzy mi się, abym miała 100% pewność, że moja córka jest zdrowa i żebym mogła pewnego słonecznego dnia usiąść w fotelu wgapiona w widok za oknem i myśleć tylko o tym, jak smakuje mi w danej chwili herbata z cytryną. O, i chciałabym nauczyć się gotować rosół, ale taki, żeby dupę urywało (w dobrym tego sformułowania znaczeniu) i żeby moja rodzina stawała od niego na nogi w razie choróbska. Takie przyziemne sprawy. Chcę żyć dla przyziemnych spraw. Chleba z masłem i konfiturą, budowli z klocków, pachnącej piany pod prysznicem, planowania, jaką bajkę obejrzeć z dzieckiem... To wszystko urasta do rangi tak magicznych chwil, gdy człowiek nie musi się martwić. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego potrafiłam w słoneczny dzień leżeć z dupą i oglądać seriale, skoro mogłam wtedy wsiąść na rower, jeździć po polnych drogach, wdychać świeże powietrze i żyć!

Ech... Nie mogę nie wspomnieć o karmieniu w kolejnym wpisie. Bo w sumie wokół tego wszystko się u nas kręci. Ja wiem, że to już nudne - musicie mnie wziąć na świruskę. Powiem Wam szczerze zupełnie, że gdyby tuż po odkryciu, że Miśka spowolniła tempo wzrostu, mleko modyfikowane by zatrybiło, a ja nie patrzyłabym, jak wielkie dawki antybiotyku dostaje (a podczas dwóch hospitalizacji dostawała je trzy razy dziennie w sumie łącznie przez prawie miesiąc!), to pewnie byśmy przy tym zostały. Ba - podczas naszego czterodniowego eksperymentu z Neocate spuściłam parę. Boże, jakie to proste - zalać, wstrząsnąć i jest. Mogłabym tak. Ale mimo wszystko karmimy się mlekiem mamy. Bo chcę tego dla niej strasznie. Poza upierdliwością w ściąganiu chyba ostatnio najwiekszym problemem, z jakim się mierzę, to brak zrozumienia. Tak, tak. Już parę razy usłyszałam, że robię z siebie cierpiętnicę, że jestem dojną krową, że dziecko to ma mieć zdrową matkę, a nie jakiegoś schorowanego opiekuna jadącego na waflach ryżowych i tak dalej. To chyba największy problem w byciu mamą KPI. Odkąd jestem mamą Miśki zrozumiałam, bo wcześniej nie kumałam tego totalnie, po co jest wsparcie dla kobiet karmiących. Są przypadki, że to przypomina naprawdę sport olimpijski. Ja przynajmniej się tak czuję. Ale mimo wszystko... im dalej w las, tym jednak mniej tego wsparcia potrzebuję. Zrozumiałam to, kiedy na grupie "Randkujących z laktatorem" przyszła nowa dziewczyna. Oburzona, że jej rodzina nie popiera takiego karmienia. A potem też oburzona tym, że na grupie są dziewczyny, które nawet po pół roku dalej nie pogodziły się z tym, że nie karmią prosto z piersi. Aż sama się zdziwiłam, co jej napisałam. I że ja naprawdę w to wierzę. Że tak dojrzałam. A napisałam jej tak:

"Dziewczyno, powiem Ci coś i powiem to zupełnie niezłośliwie... Odkąd zostałaś matką to nie raz ktoś będzie kwestionował Twoje zdanie i przedstawial teorie, z którymi nie będziesz się zgadzać. Nie raz pewnie będziesz szukała poparcia dla tego co robisz i nie zawsze je znajdziesz. Sama widzisz, że nawet w takiej grupie, jak ta, historie i podejścia są różne, choc teoretycznie wszystkie nas łączy to samo. Dlatego oswoj się z tym. Mówię o tym, bo ja też niedawno walilam głową w mur i chciałam, żeby wszyscy mi potakiwali w kwestii wychowania córki. Tego, jak karmię, jak ubieram, co sądzę na temat jej stanu zdrowia itp. Jeszcze nie raz usłyszysz, że pewnie strasznie się męczysz z odciąganiem, że lepiej skończ, że lepiej jedz to i nie jedz tamtego, zaloz dziecku czapkę, ściągnij sweterek itp... Generalnie - nie egzaltuj się tak, bo się zajedziesz. Dobrze wiesz, że w momencie kryzysu zrobilas dla siebie i dziecka najlepszą rzecz - stado ludzi będzie Ci mowilo, ze mogłaś powalczyć bardziej... Nie dogodzisz. Sama to zweryfikujesz za jakiś czas. Mówię o tym, bo byłam w tym samym miejscu i brak zrozumienia mnie zżerał. Im szybciej zrozumiesz ze bycie mamą bywa społecznie ciężkie - tym szybciej odetchniesz. Pozdrawiam i życzę Wam najlepszego!".

Tak naprawdę chyba pisałam do siebie.

No nic... Idę w końcu pod prysznic. A potem do łóżka. Wtulić się w męża. Ale zanim to... Postoję jeszcze chwilę nad łóżeczkiem i pozachwycam się, że stworzyłam kogoś tak cudownego jak moje dziecko. Moje roześmiane, pogodne i kochane dziecko...

2
komentarzy
avatar
Normalnie jakbym czytała wpis innej kobiety. Aż mi się gęba uśmiecha. Podniosłaś się. I wiem, że teraz już będziesz piąć się w górę. I że będzie dobrze. A Miśka ma najcudowniejsza mamę pod słońcem
avatar
Kochana!! Słońce zaświeciło nad naszym niebem Cieszę się ogromnie, przesyłam całuski dla Miśki!!
Dodaj komentarz

Kiedyś zacznę Wam komentować, obiecuję! No bo jak nie urok, to zmieniają portal, na którym czuję się obco, albo latanie nad moim 'hajnidem'. Same wiecie...

Mąż właśnie lula dziecko na piłce i próbuje jej wcisnąć mleko na śpiocha, a mnie coś wzięło, żeby dać znać, co u niego. W sensie u dziecka.

Miśka zauważyła, że ma stopy i zaczęła je łapać. Widzę, że chętnie by je zeżarła, ale jeszcze nie sięga.
Z łapaniem zabawek jest już naprawdę baaardzo spoko. Radzi sobie kobita. Nawet, jak jej grzechotka spadnie gdzieś obok, to sobie sięgnie.
Przewraca się na boki i w końcu robi to prawidłowo, znaczy się zginając wcześniej nóżki. Czasami jest tak, że zostawię ją normalnie w łóżeczku z jedną grzechotką w dłoni, odwracam się, a ona już leży w poprzek z inną. Duma mnie wtedy rozpiera strasznie. Na brzuchu też nieźle sobie radzi, choć będąc ustawiona tyłem do podłoża dalej ba wiotką głowę... Ych, nie wiem.
Odkryła, że może modulować głos i robić bąble śliną jak przy płukaniu gardła... Raaany! Urządza niezłe koncerty. W całym domu słychać kompilację przeróżnych 'grrr', 'aaaaarghh', 'głeeee' i tym podobnych. Najgorzej, jak się jej zbierze o 22:00... Wtedy klękajcie narody - nikt nie śpi. Ani ona, ani tym bardziej my.
Śmieje się skubana coraz częściej. Ostatnio zapodała nam symfonię chichrańctwa jak razem ze swoim kuzynem wstawiali swoje twarze w filtrach MSQRD na telefonie. 
Uwielbia słuchać, jak się do niej gada. W ogóle jest bardzo uważna. Obserwuje. Rany... nudna jestem!
W kwestii karmienia i kup powiedziałabym, że dalej bezbrzeżna tragedia, ale w sumie skłamałabym... Jak sobie przypomnę, że w szpitalu kleks był w każdej pieluszce (a do dziś sporo ich idzie, bo mała posikuje bez przerwy) po byle kichnięciu, to w sumie te 3-4 kupy dziennie, to i tak jest nieźle. Z mlekiem bywa różnie. Ostatnio dziecko przestawiło się nam na tryb coczterogodzinny, w którym desperacko próbuję jej wlulić 150 ml na raz, z różnym skutkiem. Większość karmień odbywa się niestety poza jej świadomością, bo skubana pluje. Procedura wygląda tak: Miśka wpada w jakiś dziwny szał "chcę spać, chcę jeść, a w sumie to nie chcę nic, więc będę marudzić!", bierzemy ją na piłkę, zatykamy smoczek po paręnaście razy, którym skubana pluje też, choć ewidetnie pierwsze ciumkania wysyłają ją w krainę po drugiej stronie powiek, i jak już ewidentnie sklapcieje a smoczek wylatuje, to robimy hyc! - podmiankę na butelkę. I teraz zgaduj-zgadula, czy karmienie potrwa 15 minut czy godzinę... Nigdy z mężem nie wiemy. Zazwyczaj udaje się nam dobić do 850ml na dobę. Co chwila czytam coś innego w kwestii karmienia mlekiem mamy. Raz, że normą jest 500 i więcej, raz, że minimum totalne to 750, później, że pal licho, bo liczy się przelicznik 120ml na każdy kilogram masy ciała, potem, że 100ml mleka mamy to 100kcal, a za chwilę znajduję, że jednak 70kcal... Ech... Nie wiem. 

W środę idziemy do pediatry. Tym razem prywatnie. Wynalazłam jakiegoś profesora, o którym wiele mam z mojego miasta powiedziało, że jest naprawdę wybitnym specjalistą. Postanowiłam, że ta wizyta musi mi wszystko w głowie rozjaśnić. Zarówno co do tego, czy coś mojemu dziecku jest, czy też jak i czym mam ją w końcu karmić. Liczę na to, że zleci nam jakieś badania. Na szpital się na bank nie zgodzę. Znając życie pewnie będziemy musieli z nią pojechać na badanie krwi gdzieś, żeby pewnie zweryfikować morfologię i potencjalne niedobory. Ech... No i przyrosty. To już miesiąc jak jej nie ważyliśmy, cała drżę.

Życzcie nam powodzenia.

4
komentarzy
avatar
Super, że u Was tak pozytywniej
W kwestii kup- u nas od 3 tygodni katastrofa kupowa. Wodniste i tak z 6-8 na dobę. Ani nie zmienialam diety, ani córka na chorą nie wygląda. Jak wpadniesz na pomysl co może byc przyczyną, to daj znać
avatar
Powodzenia Kochana :* na pewno będzie lepiej :* dawaj od razu znać jak już będziecie po wizycie :*
avatar
Petarda z tej Miśki! Zaraz przegoni Kubsona, zobaczysz! Życzę Wam, żeby ten wybitny specjalista naprawdę nim był i zebyś po wizycie miala tak jasno, że hej! O! :*
avatar
Miśka i jej mama to dwie dzielne kobietki a do tego ogarniający tata cud miód tak trzymaj i nie nakręcaj się niepotrzebnie
Dodaj komentarz

To będzie opowieść o tym, jak w końcu postanowiłam zacząć cieszyć się z macierzyństwa.

Byliśmy u tego lekarza. I cóż mogę rzec… Najgorzej wydane 140zł w życiu. Generalnie straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek znajdziemy normalnego pediatrę, znającego aktualne zalecenia. Jak opowiedziałam laskom, które poleciły mi tego faceta, jak wyglądała nasza wizyta, to były w ciężkim szoku. Podobno jeszcze dwa lata temu bardzo kibicował karmieniu cyckiem, gdy były problemy, to odsyłał do odpowiednich specjalistów - alergologów, gastrologów, i tak dalej. Sam jest ponoć wybitnym hematologiem dziecięcym. A jednak… Coś mu się w głowie poprzestawiało. I miałam pecha się o tym przekonać.

Nie powiem, mała była naprawdę bardzo dobrze zbadana, widać było, że ze sporą precyzją. Generalnie przez listopad i jeden tydzień, które zdecydowanie były czasem wyłącznego mleka mamy plus czterodniowego eksperymentu na Neocate, przybrała całe 610 gramów i urosła 3 cm. Mamy więc naszą koszykarkę - 6210g i 64cm. Od razu rzuciłam okiem na siatki centylowe WHO, które mam w teczce i na które nanoszę małej pomiary. I rzeczywiście - urodziła się powyżej 97 centyla wagi, a spadliśmy pomiędzy 25 a 50, ale w sumie tylko początek był taki mierny. Bo pół kilo spadku w trzeciej dobie, bo dwa epizody zum, bo podejrzenie alergii pokarmowej. A tak… Od wielu tygodni w sumie Miśka idzie jak po sznurku, tylko te dwa kanały niżej. Nie wiem, czy kiedykolwiek nadrobi, ale ja się uspokoiłam, bo ten ostatni przyrost to chyba nasz najlepszy jak dotychczas. A w ogóle to tak całkiem przy okazji większość naszych problemów zaczyna się rozwiązywać. Wysypki po dobraniu chyba wreszcie dobrych emolientów ustąpiły (mam ochotę wycałować laskę, która gdzieś na fejsie poleciła serię Avene Xera Calm…). Pleśniawek brak. Z kupami dalej szału nie ma, ale zamiast brzydkiego kleksa w KAŻDEJ pieluszce po byle kichnięciu  czy dwóch łykach mleka mamy dwie, w porywach trzy, niezbyt piękne kupy na dzień, więc w końcu zaczynam powoli brać urlop od przewijaka. Dalej trzeba stawać na głowie, żeby mała piła, ale nie pije już 600ml, a przedwczoraj poraz pierwszy przekroczyliśmy 900ml mleka mamy dobowo. W sumie jedyne, co mnie naprawdę baaardzo martwi, to to, jak ją karmimy. Te cyrki na piłce, z czekaniem, aż smoczek wyskoczy, żeby podstawić butlę… I to, że 80% mleka wpływa jej do żołądka w stanie totalnej nieświadomości, bo inaczej się nie da. Że jest takim cholernym niejadkiem! Przecież nie mogę jej całe życie karmić we śnie...

I tu się zaczynają jaja. Otóż doktor wysłuchał jednym uchem tego, co mam do powiedzenia. Liczyłam, że będzie próbował znaleźć przyczynę niechęci małej do jedzenia, a on wypalił, UWAGA, że mam czteromiesięcznemu dziecku dawać zupki i kaszki, żeby koniecznie nadrobić wagę. Zrobiłam wielkie gały. Dobra, ok, ja wiem - każdy rozszerza jak mu się podoba, ale ja akurat widzę, że mała NIE JEST gotowa i raczej obierzemy drogę najnowszych zaleceń. Powiedziałam, że ok, zgadza się - mała spadła w centylach, ale mam ze sobą wykres i mogę mu wszystko pokazać, jak to było od początku, że nie jest tak źle... Kazał mi schować "to coś" i powiedział, że wg jego wyliczeń (nie chciał powiedzieć, jakich) to mała jest poniżej 10 centyla. Jak?! Nieważne. Dalej gadał o zupkach na marchewce i kaszkach bezglutenowych. Stwierdził, że nie zaspokajam zapotrzebowania kalorycznego mojego dziecka mlekiem z piersi. Już się nie chciałam kłócić, że 100ml naparu z warzyw ma mniej kalorii niż 100ml mleka mamy. Haha, zresztą pokażcie mi czteromiesięczniaka, który zje cały talerz zupy! Nie mówiąc o tym, co WHO myśli na temat rozszerzania diety przed szóstym miesiącem i uważam, że kto jak kto, ale pediatra to wiedzieć powinien. W ogóle co to za rada - "Pani dziecko nie je? Proszę dać mu jeść!" -  seriously, kurwa, Sherlocku?! Musiałam sama zagaić o badania krwi (HEMATOLOGA!) i w sumie poza tym, że mogę ferrytynę małej zbadać, to mi nic absolutnie nic nie powiedział. Powtarzał tylko jak mantrę, że nie może być tak, że mała jest wysoka i chuda (?!) i nie ma bata, ma nadrobić. No i muszę ciskać w nią kalafiorem i ryżem. I w ogóle jak mi brakuje cierpliwości w karmieniu, to może dziecko zostawić babci (bezczelny!). Nie mogę przeżyć tych zmarnowanych pieniędzy. Wyszliśmy z mężem z gabinetu i nie mogliśmy się nadziwić. Ach, i najlepsze - stwierdził, że następnym razem możemy sobie iść do kogokolwiek innego, bo, cytuję, on ma dość pacjentów. WTF?!

To był moment, w którym po raz pierwszy poczułam - kuźwa, dość. Dosyć lekarzy, dosyć gabinetów, dosyć robienia z dziecka kaleki. Najwyraźniej muszę się pogodzić z tym, że mam wyjątkowy egzemplarz. Już robię w gacie na myśl o rozszerzaniu diety, bo wiem, że będą jaja, ale trudno. Po tym, jak mi ten facet próbował wmówić, że mam paść dziecko, jakby było tucznikiem, żeby się komuś w tabelce zgadzało, to stwierdziłam, że cha tym wszystkim konowałom w de. Kuźwa… Jest mi tak strasznie smutno. Ja się naprawdę NIE DZIWIĘ antyszczepionkowcom, fanom homeopatii i miłośnikom wsadzania złamanej nogi do mikrofali i leczenia jej zdrowaśkami, bo lekarzom w tym kraju ufać nie można. Nie i już. Wszyscy są popierdoleni. Wszyscy.

Uf… Rzygłam sobie. 

A mała… Cóż… Poza tym, że od paru dni jest NIE DO ZNIESIENIA w dzień (marudzi bez żadnej większej przyczyny…) i chyba jest skubana na nas zbyt inteligentna (łapie się, kiedy chcemy ją wziąć na piłkę i nafutrować, więc reaguje wścieklizną…), to dwie rzeczy są totalnie super. Pierwsza - PRZESYPIA NOC. Ja pikole! Przynajmniej od tej 22:00 do 7:00. I druga - dwa razy spontanicznie przewróciła się z pleców na brzuch. Pierwszy raz był niesamowity, bo zostawiłam ją w łóżeczku i poszłam na kibelek, a jak już wróciłam, to dziecko ma nie dość, że głowę z drugiej strony, to leży na brzuchu. Nie wiem, jak to zrobiła. A ja… Na pohybel tym wszystkim, którzy twierdzą, że mam w cyckach bezwartościową wodę, dalej pompuję, karmię i robię mrożonki (mam już 6L w zamrażalniku!). Bo wiem, że to ma sens.

3
komentarzy
avatar
Maryś, jesteś absolutnie wielka! Bez kitu! I nie dziw się, że Miśka to wyjątkowy (!!!) egzemplarz, ma po kim! Cholera, masz absolutną rację, czas zacząć dostrzegać wyjątkowość tych Dzieciaków. Dzięki za komentarz u mnie, poszedł w pięty i pacnęłam sobie plaskacza w czoło. Bo faktycznie, nie na wszystko mam wpływ a jest kilka rzeczy, które robię dobrze. I będę je robić. A reszta...no cóż, strasznie mi z tego powodu wszystko jedno. W kwestii tego ziomka, u którego spuściłaś 140 zł...żenua. Szkoda, że akurat Wy musieliście się przekonać o tym n własnej skórze. Dobry lekarz to skarb. SKARB. Reszta chujków...eeech, szkoda gadać. Moja pediatra, spoko babka, serio! Ale też nie czytała nowych wytycznych WHO. I ja zrobiłam kompromis z rozszerzaniem, a Kubson i tak ma wywalone, jedzie po swojemu. I Kochana! Dziedzic jest poza siatką centylową, jeśli chodzi o wzrost. Jego żona też po prostu będzie wysoka. I szczupła, nie tak jak jego Matka Nie rzucajcie w Miśkę ryżem ani kalafiorem. Jak się nacierać, to tylko czekoladą Ściskam :*
avatar
Ja pikolę co za Gość! Nosa kur... u mnie byli odwrotnie. Ciskali mi że Jasiek za gruby. Że go pasę itd. No jak miał apetyt to jadł. I tak źle i tak nie dobrze. My pediatrę mamy takiego do dupy że szok. Z fartem że Jari z pracy ma możliwość opieki w Medicover i tam chodzimy od jakiegoś czasu. Powiem Ci że tym konowałom się nie dogodzi. Jak się nie odwróciła dupa ż tyłu. i tak jak Dewa napiszę- jesteś wielka! A Miśka to córeczka mamusi i po prostu musiała być wyjątkowa buziaki od nas nie śpiących dzisiaj
avatar
Jesteście wielkie dziewczyny ty i Misia a co do lekarzy no cóż my pediatrę mamy jakby to łagodnie ująć mierną trzy razy u niej byliśmy 2 razy w ramach szczepień i raz na wizycie patronażowej, która do dziś nie wiem czemu miała służyć więc chyba naprawdę lepiej omijać lekarzy zwłaszcza kretynów
Dodaj komentarz

... Dupa. Dupa, dupa!
Moja radość z macierzyństwa skończyła się tak szybko, jak się zaczęła.

Coś zżarłam. Najpewniej owoc kaki. Dzień później mała zaczęła się dziwnie zachowywać (co Wam już pisałam), wieczorem walnęła soczysty bełt, zalewając sobie całą twarz, co było straszne, a dzisiaj w kupie przywitały mnie kropki krwi. Krwi, kurwa. Z naszego z mozołem wypracowanego 900ml zrobiło się znowu 700. I te jej histerie... matko...

Nie wiem, co mam robić. Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem, gdzie szukać pomocy, co badać, ile na to wydać, do kogo pójść, co jeść, czego nie jeść, czy w ogóle karmić moim mlekiem... Czy szukać do bólu tego mm, które podane pomogłoby jej. Ale to też może potrwać... Dwa tygodnie na przykład. A co, jeśli czekałyby nas cztery zmiany mleka? Dwa miesiące męczarni? A potem rozszerzanie diety? A co, jak nałożą się reakcje alergiczne? I nie będę już w ogóle w stanie namierzyć, co jest nie tak?

Wszystko się sypie... Wszystko mnie wkurwia. Mąż pojechał dziś na delegacje i wróci w piątek. Właśnie patrzę na małą, jak śpi obok mnie. I cierpnę na myśl o kolejnym karmieniu. Na myśl o tym, co dzieje się w jej brzuchu. Na myśl o tym, że będzie miała anemię, że będę przeżywała koszmar proponując jej stałe posiłki.

Maryśka, kuźwa, trzymaj się... Było gorzej... Będzie lepiej... kiedyś musi być...

5
komentarzy
avatar
Rybu, czytam Twoje wpisy i tak mi szkoda ciebie i twojej córeczki - coś ewidentnie jest nie tak! Wiem , że każdy ma jakieś złote rady na wszystko, ale może akurat uda się pomóc, wolę spróbować niż obejść bokiem. Żona mojego kuzyna miała podobnie ze swoim synkiem - chciała karmić go piersią, ale od początku były problemy, także z jego układem pokarmowym i u niej pomogła poradnia laktacyjna. Tam kazali jej zrobić jakieś badania ((nie pamiętam co, to było 7 lat temu, ale jak chcesz, to się dowiem) i stwierdzili nietolerancję laktozy, która jest składnikiem także mleka kobiecego, z piersi. Zdarza się naprawdę rzadko, ale się zdarza. może to jest jakiś trop? Pozdrawiam mocno!
avatar
Kochana, sprawdzałam to. Prosty test - maksymalna dawka delicolu do butli z mlekiem mamy. Zawiera enzym laktazę, która pomaga trawić laktozę. U nas bez rezultatu niestety.
avatar
Przyjrzyj się może reakcji po pszenicy. Bierzecie jakiś probiotyk? Napisz na pw, my bujamy się z alergiami od 3ms.
avatar
Jesteśmy w trakcie eliminacji od trzech tygodni, cały gluten won. Bierzemy. I ja i mała. A co chcesz mi napisać?
avatar
Sproboj dać enterol. Córka koleżanki praktycznie od urodzenia miała biegunkę, koleżanka ko więc była na diecie składającej się z 3 produktów. Dała enterol i wszystko przeszło praktycznie po jednej saszetce. ...
Dodaj komentarz

Rzyganka ciąg dalszy, ale teraz przynajmniej będziecie miały pewność, że na dobre wróciłam.

Ponarzekam sobie dziś na mamusię.

Celowo unikałam tematu, bo chyba liczyłam, że coś się zmieni. Poza tym - wszystkie Miśkowe problemy były po prostu ważniejsze. No i miałyśmy kilka naprawdę fajnych momentów na linii ona i ja, więc się łudziłam z początku, że najwyraźniej taka już jest taka nasza relacja - sinusoida. A spoiwo jest jedno - miłość do mojej córeczki. Tego nie mogę babci odmówić - uwielbia Miśkę do szpiku kości. Co nie zmienia faktu, że od pewnego czasu jest istna chujoza, która w sumie to się ciągnie jednak od samego początku. Rany, ile ja przeklinam ostatnio w tym pamiętniku…

Z tych kilku fajnych momentów to może, jak wzięła małą na spacer, żebym mogła się parę razy ogarnąć. I jak raz czy dwa stwierdziła, że fajnie, że mała dostaje moje mleko. Chociaż z tym mlekiem to też ma zdanie uwarunkowane tym, którą nogą akurat wstanie, bo że jestem cierpiętnicą i że dziecko ma przez mój niewartościowy pokarm słabą odporność też się nasłuchałam, więc w sumie w kwestii karmienia jesteśmy na zero.

Szpital. Wyobraźcie sobie mnie, mutanta dwa tygodnie po terminie, po trzech nieudanych indukcjach, z psychą zrytą na amen od leżenia na patologii, i mmski mojej matki - zdjęcia kokardek, różowych baloników, cały dom przystrojony, a ja co? Nie rodzę! Już byłam wtedy na maksa wykończona, pisałam jej, żeby mi nie wysyłała takich rzeczy, bo mnie to zwyczajnie boli. Dostałam zjeby. 'Czy ty nie możesz zrozumieć, że ja się martwię?! Miej trochę empatii! Hamuj się!'. Wiadomo, bo ja tam na wakacje pojechałam.

Po porodzie. Rany, ile ja się nasłuchałam… Pominę fakt, że wszystko było sprowadzone do JA. 'Oj, mnie też nacięli'. 'Oj, ja też miałam zastoje', 'Oj, też krwawiłam'. W sensie, że wiecie - nic mi się takiego nie stało przecież, skoro ona TEŻ to przeżyła. Identycznie. Wiadomo. A psychicznie dalej byłam wtedy w fazie totalnego szoku. Byłam zdruzgotana. Pamiętam, jak mnie martwiły te moje odchody połogowe, mówiłam, że coś jest nie tak. 'Jezu, przesadzasz… a co Ty byś chciała, tydzień po porodzie i nie krwawić? Nic ci nie jest!'. Parę dni później już leżałam w szpitalu na łyżeczkowaniu, mąż mi jeszcze mówił, że bezczelnie chodziła i gadała: 'Ja czułam, że coś jej jest…'. Nie zapomnę jej jednak do końca życia momentu, w którym odkryłam, że rana rozjechała mi się na boki niczym rynna. Leżałam i wyłam z bezsilności i strachu. To przyszła do mnie i mnie… zjebała. 'Co ty odpieprzasz?! Dziecko urodziłaś, zajmij się nim! Zobacz… no zobacz na męża Twojego, skacze wokół małej a ty ryczysz, psychicznie go wykończysz, kurwa przestań!'. Potem Michałowi powiedziała, że to była jej fenomenalna taktyka 'odwrócenia uwagi', czytaj - teraz się złoszczę na nią, a nie na rozjechane krocze. Wiecie, coś w rodzaju - boli cię głowa, to pierdolnij się w nogę i o głowie zapomnisz. Nie wiem, w jakim kołczingowym piśmie to wyczytała, ale przyznacie, że na maksa chujowe.

Potem była cała masa dziwnych pretensji, których nie rozumiem. Wiecznie jakieś wyrzuty. Czemu nie posprzątam pokoju na przykład. Hm. Wiecie - bo z karmieniem miałam bajkę od początku no i wcale nie bolała mnie przez dwa miesiące rana wyjechana na pośladek. Czemu nie stwarzam pozorów, że jest dobrze - przed mężem (to był hit jak z tym wypaliła…). Czemu nie skaczę pod sufit i nie cieszę się macierzyństwem. Czemu jestem taka wredna i nie daję jej wejść do pokoju, skoro kupiła mi borówki i jogurcik (bo tym się cechuje matka idealna) - wcale przecież nie byłam permanentnie goła, we krwi i pocie i wcale nie czułam się z tym źle.

Potem, kiedy zaczęła się niekończąca się do dziś sprawa kup… 'Dzieci robią takie kupki!', 'Wymyślasz dziecku choroby!', 'Wszystko z nią dobrze, a ty jesteś jebnięta!', 'Czemu nie dasz sobie nic powiedzieć, czemu nie pytasz mnie o radę, JA, JA, JA'. Parę dni później mała ma pierwszą antybiotykoterapię. Haha, dzisiaj moja matka robi za wioskowego znachora i świeżo upieczonym mamom w sklepie mówi: 'Rany, ale MY się martwiliśmy, co jej jest, naprawdę… PoszliśMY zrobić badanie moczu i wyszło…'.

Miśki hospitalizacje to był hardkor. Moja psychika sięgnęła wtedy dna totalnego. Pamiętam, jak jej wyłam przez telefon. 'Ja pierdole, skończ już płakać, masz być twarda, a nie… co to ma być?!'. Przyjechała parę razy mnie odciążyć do szpitala, za jednym i drugim razem, ale głównie będę to pamiętać jako zjeby, że mam się ogarnąć. No i kwestia mleka… 'Po chuj odciągasz, przecież widzisz, że masz beznadziejne mleko, które robi dziecku krzywdę. Stresujesz się i od tego Ci pokarm skisł. Co? Pazerna jesteś? Szkoda Ci na MM? O to chodzi? Mam Ci kupić?'. Parę razy sugerowała też, że boi się naszej wyprowadzki, bo NA PEWNO zabiję małą w złości, że się w ogóle urodziła. 

Wyprowadzka… Ach. No właśnie. Słuchajcie, ja jak ja - znam moją rodzinę, takie jazdy znam od zawsze. Michałowi niedługo stuknie rok, jak tu z nami mieszka. I dopiero ten rok sprawił, że w pełni zrozumiał, czemu ja jestem takim emocjonalnym rozklekotańcem. Już w trakcie ciąży rwał włosy z głowy, że musi znosić moją matkę i te jej pieprzone kontry, przy każdym temacie. Odkąd pojawiła się Miśka to już skisł. Pierwszy raz pękł, kiedy szukaliśmy małej gastroenterologa. No krzyknęło mu się. Że dziecko miało zakażony układ moczowy, a ona się pastwi nade mną, że z dziecka robię kalekę - bo taki oczywiście poszedł komentarz. Aaale wtedy ją uruchomił… 'Używasz moich garów, prądu, ja nic od Ciebie nie chcę, więc nie wydzieraj się na mnie w moim domu! Tak to możesz się do swojej mamusi odzywać! Albo wypad stąd!'. No gorąco wtedy było.

No i do tego fala zajebistych tekstów przy okazji wychowania córki… 'Płacze tak, bo ją gryzie metka w ubranku' - bez kitu, dziecko wyje się od bólu brzucha, ale kij, to na pewno ubranko. 'Refluks-srefluks', 'Daj jej rumianku', 'Ubierz ją, bo jej za zimno', 'Rozbierz, bo jej za gorąco', 'Boże, jakie rozebrane to dziecko!' (to na centymetr gołej skóry przy podwiniętych spodenkach), 'O rany, jakie zimne policzki, po co Cię matka brała na ten spacer!' (wiadomo, każdy ma ciepłą gębę na spacerze w grudniu), 'Czemu jej na spacer nie weźmiesz?' (a to jak miałam grażynę rozjechaną), 'Może marudzi bo jej się Twój włos przykleił do plecków?' (KLASYKA!), 'Dzieci tak robią kupy przecież, a co ty chciałaś?'. No właśnie, i to jej jebitne - 'Musisz poczuć, że masz dziecko, to nie lalka'. A jak jej powiedziałam, że karmienie małej to koszmar, to stwierdziła, że przesadzam, że ją pasę i tuczę próbując jej dać dobowo 500ml mleka jakimś pieprzonym cudem. Spadliśmy o kilka kanałów na siatce, a ona twierdzi, że mała ma wątrobiany zamiast nóg, że mam skończyć ją karmić przez sen.

Po drugim szpitalu zaparłam się na to odciąganie i skutecznie wybiłam mężowi z głowy wyprowadzkę na warunki polowe. No bo trzeba przyznać, że bez kuchni i łazienki, z takim małym dzieckiem, cóż… Lekko nie halo. Wiedziałam, że będę potrzebowała wsparcia, nawet najchujowszego, jeśli mam odciągać 8 razy na dobę. Zaparłam się, że polubię to babsko, no. I było nawet nieźle przez parę tygodni. Mąż to mnie prawie znienawidził, wmawiał mi syndrom sztokholmski, że jakiś pakt z nią przeciwko niemu zawarłam, że nigdy się nie wyprowadzimy… Szkoda mi go było strasznie, ale musiałam dupę zacisnąć, dla Miśki. Żeby miała opiekę, kiedy te piętnaście minut doję cycki.

Ale ostatnio nie jest już tak różowo. Nawarstwiło się kilka rodzinnych spraw, które oczywiście wszystkie moja matka interpretuje przez 'ja', do tego idą święta, które u mnie w domu są zawsze nerwówką, bo przyjeżdża tata zza granicy i wiecie - ma być ten wspomniany 'pozór' przed mężem, że jest błysk, zapach ciasta, ordnung i w ogóle ma być wylizane, więc lekko zaczyna świrować. Zaczyna być nie do zniesienia. Tak, zaczyna. Ja wiem, że po tym wszystkim co napisałam myślicie: "DOPIERO?!", ale no tak. 

Dzisiaj nieźle się nam styki zwarły. Michał jest na delegacji, a małej zaostrzyły się ostatnio objawy alergii, więc jest nieodkładalna i wyje. Ja z tym wszystkim sama. Rano już miałam lekko dość jej tego 'yyy, yyy, yyy' od pół godziny bez przerwy, więc zaniosłam ją na chwilę do matki i mówię: 'Błagam, przejmij ją na chwilę, bo ją w kosmos wystrzelę'. Generalnie zrobiłam to, bo stwierdziła, że daMY radę podczas nieobecności męża, przecież jest i pomoże. Po zajebistym odpoczynku przy laktatorze schodzę na dół, a ona wyje. Przy kawie, gaziecie, śniadaniu, mała w wózku. O co chodzi? 'Wy wszyscy mnie wykorzystujecie! Macie za gówno!'. Niewiele myśląc w milczeniu zgarnęłam dziecko do siebie. A dziecko w ryk, bo… tak. No tak wyje ostatnio. Ja już mam spinę, bo wiem, że zaraz przylezie i powie coś w rodzaju: 'Biją dziecko, przy mnie taka nie była, babcia uratuje przed staruchą' (no własnie, o tym nie napisałam, że tak gada bez przerwy…). Oczywiście przyszła. Próbowałam małą ululać, bo już wiedziałam, że pora. 'Mama, wyjdź'. Ooo raaany… I znowu kołomyja: 'Jasne, jak coś chcesz to od razu leziesz, a tak to mnie wyganiasz…'. I poszła jakaś litania typu 'zachciało się dzieci, to masz', 'jesteś beznadziejną matką', coś tam jeszcze. Urwałam temat. Odłożyłam dziecko i wrzasnęłam jej na klatkę schodową: 'PIERDOL SIĘ'. 

To moje ostatnie słowa, jakie jej od rana powiedziałam.

Do czego piję… Podjęłam decyzję, że przeprowadzamy się jak najszybciej. Jeść i tak nie jem, to mi kuchnia niepotrzebna. Myć się mogę w misce i gotować sobie do tego wodę w czajniku. Wsparcia i tak tu nie mam. Tylko wieczne słowne przepychanki. 

Mąż obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy, żeby w miarę szybko przenieść nasze graty.


Uuuuf. Tego rzeście się nie spodziewały co? Idę spać. Rany.

4
komentarzy
avatar
Japierduuu! A ja Ci właśnie napiszę, że czułam, że wiedziałam, że dokładnie TEGO się spodziewałam! Bo to byłoby za piękne, żeby mama Twoja po prostu, po ludzku, po mamowemu, okazała Ci wsparcie. Ty, Stara, serio...Bierz Miśkę i Małżona, bierz dupę w troki i idźcie na swoje. Uj, w jakie warunki. Ja nie wiem jakim sposobem jeszcze o Tobie w Uwadze nie słyszałam Kciuki trzymam!
avatar
Dewa rozwala komentarzami!! Uwaga miałaby materiał na kilka odcinków!!
Nie wiem skąd w tej kobiecie tyle jadu i fałszu, współczuję ogromnie. Już lepiej iść na swoje niż nadal przeżywać ten horror!!
avatar
Wow, jakbym czytała o mojej matce... i dlatego życie wyrzuciło mnie 280 km od niej, bo nawet 85 km odległości nie wystarczało... Hehe, ale jak przyjeżdżam w odwiedziny, to tylko w pierwszy dzień jest spokój, a w drugi już mnie wkurzy i się kłócimy... Trzymam kciuki za sprawną przeprowadzkę.
avatar
Wyprowadzka to najlepsze co możecie zrobić tobie matce karmiącej nie wskazany jest stres i póki Misia jeszcze dobrze nie czai tej atmosfery tym lepiej dla niej trzymam kciuki )
Dodaj komentarz

Hej, Marysiu z sierpnia! Tak - ta, która leżałaś całymi dniami na kanapie wyłożonej na każdym jej centymetrze kwadratowym podkładami i która nie mogłaś wstać bez pomocnej ręki. Za cztery miesiące będziesz tańczyć w sukience i w makijażu i to tak, że teraz pewnie pomyślałabyś: 'Rany, nie skacz tak, bo Ci ta blizna pierdzielnie!', ale nic z tego.

Tak. Matka miała swoje pierwsze wychodne z prawdziwego zdarzenia. W pracy, która w sumie sama w sobie nigdy nie była dla mnie spełnieniem zawodowych marzeń, poznałam fantastyczne osoby. Za 'młodej i frywolnej', czyli jeszcze jakieś półtora roku temu, latałam z nimi gdzieś co chwila. Przynajmniej raz w miesiącu zakrapiana impreza. Wszyscy do dziś lubimy swoje towarzystwo. Kiedy byłam w ciąży i zjawiałam się raz w miesiącu w biurze, by dowieźć L4, wszyscy witali mnie uśmiechem i gromkim: 'rany, jak nam ciebie brakuje!'. Czułam, że to mój grunt. Tak się złożyło, że na wczoraj była zaplanowana kolejna balanga, 'wigilia' - czyli w piwsko, balety i kręgle. Miałam wątpliwości, czy jechać, bo dopiero co męża ściągnęłam z delegacji (cholernie nie radziłam sobie z Miśką i do tego poleciał ostry ogień na linii matka i ja, o czym pewnie za niedługo napiszę), ale stary młodą przejął, stwierdził, że mam jechać i życzył mi udanej zabawy.

Dobra. Malowałam się na pięć razy chyba - uroki macierzyństwa. Ale jak już to zrobiłam... i ubrałam kieckę... i włosy upięłam... Nono. Dobra, ja oczywiście wiem, że jestem na diecie oświęcimskiej, jestem trochę pomieszaniem wraku psychicznego z fizycznym, ale to, co zobaczyłam w lustrze, podobało mi się. W ogóle to wiedziałam, że będzie mi się podobało, odkąd przymierzyłam spodnie, które kupiłam sobie 3 lata temu i dopiero teraz w nie weszłam, bo w końcu... mogłam! Dziecko uśpione (choć w totalnej histerii...), matka siada za kółko - wziuuum.

Kiedy wchodziłam do klubu, to czułam się, jakbym weszła w jakiś inny wymiar. Rany! Tam byli ludzie! Odwaleni! Uśmiechnięci! Muzyka głośna! Zobaczyli mnie moi znajomi... 'Maaaria, jesteś, jak super! Matko, ale ty schudłaś, co robiłaś...'. To był taki trochę moment, kiedy strrrasznie chciałam zacząć marudzić i powiedzieć, że nikt z nich nie chciałby schudnąć z powodów, z których schudłam ja. Ta myśl szarpała mnie z tyłu głowy. Potem poprosiłam o wodę i dodatkowo zabiłam tym sobie gwoździa. Bo generalnie eliminuję, wiadomo. Cytrusy też. I nagle w połowie szklanki kapnęłam się, że nawet picie wody można spierdzielić. Cytryna. Nosz kur...

Ale potem było tylko lepiej. Poszliśmy na parkiet. Słuchajcie - ja nie wiedziałam, że to jeszcze możliwe, ale jakiś gościu ewidentnie próbował mnie wyrwać. Przykleił się. Nie wiem, czy nie próbował mnie nawet smyrnąć po podwoziu. Skutecznie go zbywałam. Co nie zmienia faktu, że jak bardzo gościu nie wyglądał na desparata - nosz jest to miłe. Po tym, co się działo niedawno... Odzyskać świadomość, że się 'to' jeszcze ma... No fajnie kurna.

Cóż - moje kocie ruchy poszły się kochać, stanowczo zbyt długo nie było mnie na zumbie. Nie pamiętam, jak się tańczy. Ale latałam jak przecinak. Spociłam się jak szczur, wszystko z bananem na gębie, zdzierając gardło do piosenek, co do których nawet siebie nie podejrzewałam, że je znam. Nie powiedziałybyście, że tak się zachowuje dziewczyna, która jedzie tego dnia na dwóch paczkach wafli ryżowych, bananie i worku kaszy jaglanej.

Potem był gift dla Miśki, wielkie gratulacje, zostałam wyprzytulana przez wszystkich, nawet noszona na rękach.

I kręgle. Ja to w ogóle do gier zespołowych się nie nadaję. Moja gra w kręgle polega na tym, że na oślep rzucam kulą, która akurat nie jest specjalnie ciężka. A i tak walnęłam dwa razy strike pod rząd i wśród dziewczyn byłam druga. Hell yeah.

W jednym miejscu tylko był zgrzyt w mojej głowie. Jeszcze niedawno latałam na każdej przerwie w robocie na kawę i fajkę trując, jak to mi źle, i jakie to szefostwo złe, i jaka kołomyja w tej robocie, o ja nie mogę... Kumpela jak się do mnie przyssała i poczuła, że w końcu może parę spuścić, to zaczęła identyczną wiązankę. I tylko strach przed usłyszeniem "dzieci nie masz, życia nie znasz" z własnych ust ubronił mnie przed opowieścią o moim porodzie, połogu i problemach zdrowotnych Miśki.

Wróciłam kulturalnie do domku przed pierwszą. 'Pech' chciał, że moje dziecko się zepsuło i już nie śpi dziewięciu godzin ciurem. Za to przywitało mnie pięknym uśmiechem.

I jak zobaczyłam ten uśmiech to serio zwątpiłam, co lepsze... Jej radość (a uśmiechała się tak do mnie i Michała przez godzinę do 2:30!) czy możliwość wyjścia z domu.

Nie, nie wątpię. Jej radość.

5
komentarzy
avatar
Eeeeee no, Mamasita, należało Ci się, serio! Należało Ci się tak bardzo, że bardziej nie mogło Mam nadzieję, że będziesz to mogła częściej powtarzać. I co się dziwisz, że ktoś chciał Cię wymacać, niezła sztunia z Ciebie A teraz pozwól, że popiszę się ludzką próżnością i głupotą, bo przeciez znam Waszą historię i wiem czym ta zgrabna dupa jest okupiona, ale kuuuuuurna, zazdro level kosmos. Tego ciałka, tańca, śpiewu, ludzi. Ja przypominam smoczycę wawelską, zamiast chudnąć przy niemowlaku i nieregularnym zarciu, to tyję. Moje kocie ruchy nie poszly się kochać, one pobiegly się tak walić, że aż mi glupio. I w ogóle dupa. No, a teraz mogę sobie wsadzić swoje żale w anusa, w rulonik zwinięte. Buziam Was! :*
avatar
Tysiąc razy chciałam Ci coś napisać, pod Twoimi wpisami. Czytam Cię od dawna, w sumie gdzieś od połowy Twojej ciąży. Ja w dalszym ciągu na tej różowej stronie. Mam nadzieję, że kiedyś trafię tez tutaj. Dajesz niesamowitą wiarę i nadzieje,ze może być dobrze. Pomimo tych Waszych mniejszych i większych niepowodzeń. Dajesz wiarę, że człowiek to taka dziwna istota,ze jest w stanie udźwignąć wszystko, nawet to, co z pozonu jest nie do udźwignięcia. Twoje wpisy to taka mieszanina,ze nie raz albo wybuchałam śmiechem albo łzy mi kapały po policzkach. Mieszanina prawdziwego życia. I powiem (napisze), że jakbyś to wydała w postaci książki to byłaby bestsellerem, poważnie. Ogromnie Wam kibicuje i trzymam kciuki za całą Wasza trójkę. Żebyście byli dla siebie całym światem i żeby jednak tych wesołych chwil było więcej. Nie poddawaj się w tym co robisz!!!
avatar
No kochana należało ci się jesteś super silną kobietką Jak tam przeprowadzka ?
avatar
Kargo - rany julek... Aż się rumieńcem spowiłam. Nie żartuję. Bardzo Ci dziękuję. AntiR - przeprowadzka na warunki polowe z początkiem roku.
avatar
Nie ma za co Kochana! :*
Dodaj komentarz
avatar
{text}